fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Budżet i Podatki

Estoński CIT premiera dla mikro i małych firm

Fotorzepa, Tomasz Jodłowski
Rząd szuka sposobów na rozkręcenie inwestycji firm, które w czasie ostatnich czterech lat mocno kulały. Lekarstwem ma być tzw. estoński CIT.

Jego wprowadzenie premier Mateusz Morawiecki zapowiedział w czasie wtorkowego exposé w Sejmie. – Zamierzamy wdrożyć estoński CIT prawdopodobnie w drugiej połowie 2020 r. lub od 2021 r. – mówił premier. Potem wyjaśnił, że chodzi o „przesunięcie poboru podatku na moment wyciągnięcia zysków przez właścicieli" oraz że rozwiązanie to miałoby objąć mikro i małe firmy.

Czytaj także: Estonia dba o firmy

CIT, o którym dziś mówi premier Morawiecki, Estonia wprowadziła 20 lat temu w czasie reformy swojego systemu podatkowego. Chodziło o to, by zachęcić firmy do inwestowania. – Według tej koncepcji CIT odprowadzany jest nie od wypracowanego przez firmę zysku w danym roku, ale dopiero w momencie wypłaty tego zysku z firmy w formie dywidendy. Czyli dopóki pieniądze pozostają w firmie, bo zyski są reinwestowane w kolejne przedsięwzięcia rozwojowe, podatek nie jest wymagany. Właściciel firmy musi go zapłacić dopiero wtedy, kiedy chce wykorzystać wypracowany w firmie majątek do innych celów, na przykład na konsumpcję lub na sfinansowanie zupełnie nowych przedsięwzięć biznesowych – wyjaśnia Dariusz Bednarski, partner zarządzający w firmie doradczej Grant Thornton. Jego zdaniem zapowiadany przez premiera estoński CIT byłby swoistą ulgą podatkową na inwestycje. – Według obecnych przepisów, każda inwestycja w firmie jest niejako dwukrotnie opodatkowana – obłożona jest nie tylko stawką 23 proc. VAT, ale też 19 proc. CIT. Jeśli bowiem firma chce zainwestować cały uzyskany w minionym roku zysk, musi najpierw odprowadzić 19 proc. CIT do budżetu państwa, a tylko pozostałe 81 proc. może przeznaczyć na rozwój – mówi Bednarski. – Po wprowadzeniu podatku estońskiego reinwestowane mogłoby być 100 proc. zysku. Byłoby to spełnienie promowanego obecnie pomysłu „cała Polska strefą ekonomiczną" i to bez kosztownej administracji stref – tłumaczy.

Jego zdaniem to rozwiązanie stymulowałoby rozwój inwestycji prywatnych, a ponadto ułatwiałoby kumulowanie kapitału w przedsiębiorstwach i zniechęcałoby do wypłaty dywidendy za granicę przez firmy z obcym kapitałem.

Ale zmiana zasad rozliczeń, którą niesie za sobą estoński CIT, oznaczałaby utratę części wpływów z tego podatku przez budżet państwa. – Jak pokazują wyliczenia amerykańskich doradców dla rządu Gruzji, wprowadzenie zmian w Estonii spowodowało zmniejszenie dochodów podatkowych w okresie początkowym o 3–4 proc., przy jednoczesnym wzroście kapitału własnego firm o 10,2 proc., oraz wzrostu produktu krajowego o 4 proc. Według doradców zastosowanie takiego rozwiązania w Gruzji spowodowałoby spadek dochodów tamtejszego budżetu o 2,52–2,71 proc. – mówi ekspert Grant Thornton. I szacuje, że gdyby przyjąć, iż w przypadku Polski ubytek dochodów również sięgałby 3 proc. dochodów podatkowych, koszt wprowadzenia reformy wyniósłby 9,5 mld zł rocznie. – Oczywiście nie jest to mała kwota i wymagałaby znalezienia tych pieniędzy w innych obszarach budżetu państwa, jednak należy pamiętać, że w długim okresie koszt ten może się Skarbowi Państwa opłacać. Jeśli firmy dzięki reformie faktycznie zwiększyłyby inwestycje, to szybko wzrosłyby dochody z VAT, a w dłuższej perspektywie – rozwój polskich firm przyspieszyłby, więc odprowadzałyby one więcej środków również w ramach CIT i PIT – mówi Dariusz Bednarski.

Jego zdaniem po pewnym okresie przejściowym korzyści dla gospodarki i budżetu państwa wynikające z reformy byłyby wyższe niż koszty.

Koncepcja wprowadzenia podatku estońskiego w Polsce nie jest nowa. W zeszłym roku zgłaszała ją m.in. Fundacja Pomyśl o Przyszłości. W Estonii takie rozwiązanie obejmuje też firmy rozliczające się w ramach PIT. I przyciągnęło do tego kraju wiele zagranicznych firm.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA