fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze ekonomiczne

Goło i niewesoło

AdobeStock
W tym roku Wielkanoc i Dzień Ziemi obchodzimy w ten sam poniedziałek. To dobry czas na refleksję i zmianę zachowań. Szczególnie wśród nie dbających o własne środowisko naturalne Polaków.

W ostatnich kilku latach polskich lasów ubywa w tempie zastraszającym. I choć władze uspokajają, że nic się złego nie dzieje; na miejscu wyciętych drzew sadzone są nowe, to powód do niepokoju jest poważny.

Lasy to płuca każdego kraju. To gigantyczne fabryki tlenu, to wyjątkowe środowisko roślin i zwierząt. Nie trzeba być specjalistą, by zauważyć, że w miejscach polskich lasów coraz więcej jest pustkowi, na których maszyny wytrzebiły nie tylko drzewa, ale i zniszczyły całkowicie ściółkę, pozostawiając goły piach.

Takie miejsca, wystawione na słońce, pozbawione deszczu, który w Polsce pada coraz rzadziej, są obsadzane młodymi drzewkami. Pan Krzysztof Trębski, rzecznik Lasów Państwowych wytłumaczył mi szczegółowo (dziękuję!) zasady odnawiania lasów.

„Jeśli na przykładowym jednym hektarze sadzimy ok. 8-10 tys. sadzonek sosny, to w wyniku naturalnej selekcji oraz cięć przedrębnych, po ok. 20 latach na tym hektarze pozostanie ok. 4-5 tys. sosen, po 50 latach – ok. 2 tys., po 100 latach – około pięćset sztuk".

Plany Lasów Państwowych nie uwzględniają jednak zmian klimatycznych w Polsce. A to pytanie retoryczne, czy sadzonki poradzą sobie z brakiem wody, piekącym słońcem i coraz bardziej jałową glebą. Jeżeli to się nie zmieni, to sadzenie lasów będzie wyłącznie zabiegiem statystycznym, a nie poprawiającym kondycję środowiska. Do stu lat nie dociągnie żadne z dziś posadzonych drzew. Na Warmii i Mazurach deszcz nie pada od półtora miesiąca. Ci sami leśnicy, którzy wycinają lasy do gołego piachu, tuż przed Wielkanocą ogłosili trzeci stopień zagrożenia pożarowego. Ściółka jest sucha jak papier; wilgotność nie przekracza 10 procent. W kwietniu!

I tutaj do akcja wkraczają tak zwani zwykli obywatele, a raczej głupcy bez wyobraźni i poczuci odpowiedzialności za to co nasze, co cenne, co wyjątkowe i co wspólne. Podpalanie traw z roku na rok osiąga w Polsce coraz większe rozmiary.

Kilka dni temu zapłonęły przedmieścia Olsztyna. Kolejny bezkarny głupiec podpalił trawy tuż pod miastem. Suche jak papier, owiewane silnym wiatrem łąki, błyskawicznie zajęły się ogniem, który szybko przesuwał się w stronę miasta. Tym razem strażacy jeszcze sobie poradzili, ale jest tylko kwestią czasu, kiedy nie zdążą.

Wraz z trawą niszczone jest środowisko - rośliny, owady, drobne ssaki, ptasie gniazda - coraz delikatniejsza równowaga przez tysiące lat zaburzana przez człowieka, ledwo się już trzyma. Ale czy to jest powód, by nie wyjeżdżać samochodem w głąb lasu? By parkować nad jeszcze czystym jeziorem czy rzeką? By zostawiać nad jeziorami, rzekami, na leśnych polankach puszki po piwie i coli, plastikowe butelki, torby foliowe i wszelkie inne produkowane przez ludzi śmieci? Tysiące Polaków nawet o tym nie pomyśli, rzucając plastik na ściółkę.

Śmieci przybędzie też w czasie tej Wielkanocy. Świętowanie ma bowiem w naszym kraju niewiele wspólnego z refleksją czy zmianą złych przyzwyczajeń. A jeżeli nie teraz, to kiedy? Za sto lat na hektarze nie będzie już ani jednej sosny, za to tony plastiku i metalu.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA