Prawnik był gościem w "Rozmowie Piaseckiego" w TVN24. Komentował m.in. opublikowanie wczoraj w  Dzienniku Ustaw uchwały PKW stwierdzającej nieważność wyborów 10 maja. Proces wyboru prezydenta Polski rozpoczyna się od nowa. Zgodnie z prawem marszałek Sejmu ma teraz dwa tygodnie na zarządzenie nowych wyborów. Głosowanie musi odbyć się w ciągu 60 dni od wyznaczenia nowej daty. Jarosław Kaczyński chce, by wybory odbyły się najpóźniej 28 czerwca.

Tymczasem nie ma jeszcze ustawy dotyczącej wyborów prezydenckich.  Wczoraj  Senat przyjął wszystkie zarekomendowane do niej poprawki, dziś będzie obradował nad nimi Sejm.

Czytaj też: Senat przyjął ustawę w sprawie wyborów. 36 poprawek

Zdaniem Marcina Matczaka coraz bardziej prawdopodobne jest, że konstytucja zostanie połamana po raz kolejny.

- Wybory przed 6 sierpnia są wyborami przed opróżnieniem urzędu i w związku z tym one będą niekonstytucyjne, bo są już po terminie. Tylko w konkretnym terminie przed upływem kadencji można przeprowadzić wybory. Natomiast wtedy, kiedy po 6 sierpnia nie byłoby już prezydenta, to wtedy uruchamia się inna procedura, która już nie jest skażona żadnym grzechem konstytucyjnym i wtedy go można porządnie wybrać - przekonywał prawnik. Wskazał, że konstytucja sama przewiduje sytuację w której nie ma prezydenta. Nie jest to więc "jakaś straszna konstytucyjna tragedia".

Natomiast jeżeli wybory odbędą się przed 6 sierpnia, to - według gościa TVN24 -  każdy protest wyborczy, który będzie wskazywał, że one zostały przeprowadzone w niekonstytucyjnym terminie, będzie miał szansę na uwzględnienie.

- To oznaczać będzie, że my wszyscy ryzykujemy olbrzymi wysiłek, że nowi kandydaci zbiorą podpisy, wszyscy będą prowadzili kampanię, zatrudni się ludzi do komisji, przeprowadzi się te wybory, a później Sąd Najwyższy powie "przykro, ale to wszystko jest niekonstytucyjne" i będzie trzeba to wszystko powtórzyć. Nie wiem, czy nas stać na to dodatkowo jeszcze, żeby ryzykować zdrowie i być może życie ludzi - stwierdził Matczak.

Dodał, że wolałby, "żeby te wybory były przeprowadzone raz, a dobrze".

- Chodzi o to, żeby wybrać porządnie, wybrać prezydenta, który będzie miał legitymację. A nie, żeby znowu później narzekać na sędziów, że wszystko popsuli - wyjaśnił.