Zdjęcia, opublikowane przez państwową telewizję Północy, przedstawiają przywódcę reżimu Kim Dzong Una nadzorującego środowe odpalenie rakiet z czegoś, co wydaje się mobilnym centrum dowodzenia, oraz jego sylwetkę obserwującą pocisk wznoszący się w niebo.

Ale, co dość niezwykłe w dotychczasowej praktyce Korei Północnej, niektóre zdjęcia zostały mocno rozpikselowane. Tymczasem oficjalna agencja informacyjna KCNA w ogóle nie opublikowała zdjęć z testu.

Przeczytaj też: Kim Dzong Un znowu straszy

To sugeruje, że Pjongjang wcześniej nie prezentował użytego systemu rakietowego na paradach wojskowych, a teraz próbuje ukryć niektóre jego cechy. Przed tygodniem, po pierwszym teście, Seul oświadczył, że użyto w nim dwóch pocisków balistycznych bliskiego zasięgu, które pokonały 250 kilometrów przed wpadnięciem do morza. Ale KCNA opisała to jako „nowo opracowany system rakietowy wielkokalibrowy wielokrotnego startu”.

System miałby „kluczową rolę w naziemnych operacjach wojskowych” - napisała KCNA, cytując samego Kim Dzong Una, według którego użycie systemów w konflikcie zbrojnym wprowadziłoby „nieuchronny niepokój” w siły przeciwnika.

W Korei Południowej stacjonuje 28,5 tys. żołnierzy USA. Duża część zlokalizowana jest w Camp Humphreys, na południe od Seulu. - Gdyby rakiety Kima pokonały 250 kilometrów na wysokości 30 kilometrów, mogłyby dotrzeć do amerykańskiej bazy w Pyeongtaek - zauważa cytowany przez agencję AFP Cho Sung-ryul, badacz z południowokoreańskiego Instytutu Narodowej Strategii Bezpieczeństwa.