Korespondencja z Tokio

Miała być największą gwiazdą igrzysk, jako pierwsza kobieta zakwalifikowała się do wszystkich sześciu finałów w gimnastyce. Startu drużynowego jednak nie udźwignęła. Amerykanie tłumaczyli jej nieobecność „problemami medycznymi", ale sama zawodniczka przyznała później, że chodzi o coś zupełnie innego.

Oddała jeden skok. Powiedziała koleżankom, że więcej nie da rady. Po prostu straciła zaufanie do samej siebie. Najpierw przed kamerą NBC oznajmiła, że nikomu nie jest łatwo, kiedy ludzie widzą w nim największą gwiazdę igrzysk. Później stawiła czoła dziennikarzom w wypełnionej strefie wywiadów.

– Kiedy wychodzę na dywan, zostaję sam na sam z demonami w mojej głowie – mówiła. – Jestem bardziej zestresowana niż kiedyś. Może chodzi o wiek? Nie umiem się już tak bawić gimnastyką. Jestem w formie fizycznej, ale psychicznie miałam złe momenty. Nie chcę, żeby mój kraj i te wspaniałe dziewczyny straciły przeze mnie medal. Pracowały na niego zbyt ciężko i zbyt długo.

Biedne dzieciństwo

Biles w Tokio już nie wystartuje, poinformowała o tym amerykańska federacja. Wcześniej sama zawodniczka wyjaśniała, że musi zadbać o siebie, bo istnieje życie poza gimnastyką. – Jesteśmy tylko ludźmi. Nie możemy ciągle myśleć o tym, że patrzy na nas cały świat – mówiła.

Koleżanki z drużyny srebro dedykowały właśnie jej. – Bez Simone nigdy nie byłybyśmy tu, gdzie teraz – mówi Jordan Childs. Ma rację. Głównie dzięki niej wdrapały się na olimpijski szczyt i wygrywały największe imprezy przez dziesięć lat.

– Kiedy jest w formie, walka z nią nie ma żadnego sensu. Zawsze daje swojej drużynie trzy dodatkowe punkty – nie kryje Angelina Mielnikowa, której drużyna wykorzystała osłabienie Amerykanek. Reprezentantki Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego (ROC) poszły w ślady drużyny męskiej i po srebrnych medalach z Londynu (2012) i Rio de Janeiro (2016) wreszcie zdobyły złoto.

Amerykanki były złote na czterech poprzednich mistrzostwach świata i trzech igrzyskach. Tylko na jednej z tych imprez nie było Biles. Podczas igrzysk w Londynie miała 15 lat. Obowiązywały już wówczas przepisy dotyczące minimalnego wieku gimnastyczek.

Biles przeżyła dzieciństwo, które może zdewastować psychikę. Trafiła do rodziny zastępczej jako trzylatka. Wcześniejsze wspomnienia wyparła. Podobno pamięta tylko, że wiecznie chodziła głodna. Wreszcie adoptowali ją Ron i Nellie. Po latach przekonywała dziennikarzy „Timesa", że tak rozpoczął się wówczas najwspanialszy okres jej życia.

Gimnastyka wymaga katorżniczej pracy, wojskowy dryl w amerykański system wdrukowali uciekinierzy z Rumunii: Bela i Marta Karolyi. Maszyna wciągnęła także Biles. Od 12. roku życia trenuje 32 godziny tygodniowo, z jednym dniem przerwy.

Trudne pytania

Trzy lata temu napisała: „metoo". Wybrzmiało jak grzmot. Okazało się, że także ją dotknęła dłoń lekarza reprezentacji Larry'ego Nassara, który molestował nieletnie zawodniczki. Mogło być ich kilkaset. Nigdy nie wyjdzie już z więzienia: usłyszał trzy wyroki, od 40 do 175 lat więzienia. Biles jak dotąd nie zgodziła się opowiedzieć, co jej robił. Była jedną z ostatnich zawodniczek, z jaką pracował.

Biles przyznała się, że bierze leki i chodzi na terapię. 25-krotna medalistka mistrzostw świata została kolejną, która odważyła się mówić o tym, co niełatwe.

Kiedy Usain Bolt i Michael Phelps kończyli kariery, wielu zobaczyło w niej nową gwiazdę igrzysk, globalną ikonę. Została nią, ale pewnie też nie do końca tak, jak życzyliby sobie szefowie ruchu olimpijskiego. Najważniejszymi postaciami igrzysk w Tokio okazały się bowiem kobiety, które w życiu przygniotła sława.

Znicz olimpijski kilka dni wcześniej zapaliła przecież Naomi Osaka. To był nie tylko hołd wobec najwybitniejszej japońskiej tenisistki, ale także sygnał akceptacji dla ludzi zmagających się z depresją.

Tenisistka nie boi się opowiadać o swoich problemach. Igrzyska były dla niej powrotem do gry po kilkutygodniowej przerwie. Niedawno zrezygnowała z gry w turnieju Roland Garros. Mówiła, że pytania dziennikarzy źle wpływają na jej kondycję psychiczną.

Organizatorzy nakładali na nią kary, aż wreszcie – przygnieciona potwornym zamieszaniem – sama wycofała się z turnieju. Podobno ten przykład zainspirował Biles. Zobaczyła, że jeśli nie może, to wcale nie musi ulegać terrorowi doskonałości. Amerykanka po swojej rezygnacji dostała mnóstwo wsparcia. Kiedy opublikowała na Twitterze ikonkę serduszka, polubiło je ponad 700 tys. osób.

Każdy może przegrać

To, że dwie największe gwiazdy kobiecego sportu otwarcie mówią dziś o mentalnych problemach, jest znakiem czasu. Chodzi nie tylko o akceptację chorób, które kiedyś wyśmiewano jako słabość, ale także oswojenie przypadłości, które stają się chorobami cywilizacyjnymi.

Młodzi żyją dziś w przestrzeni utkanej z wirtualnych kontaktów, gdzie trudno o ciepło i zrozumienie. Towarzyszy im presja dążenia do fizycznej doskonałości, a poczucie wartości budują serduszka i podniesione kciuki. Ciężar spoczywający na barkach sportowców jest jeszcze większy, kibice poddają ich przecież nieustannej ocenie.

Sportowcy po meczu nie mogą pójść do domu i wyłączyć telefonu. Przestrzeń prywatna zanika, bo chcą tego sponsorzy i miliony kibiców. A przecież już Osaka próbowała nam wyjaśniać, że każdy może przegrać mecz. Nie wszyscy chcieli słuchać. Teraz dołączyła do niej Biles.

Swój rozdział w tej historii zapisała także amerykańska biegaczka Sha'Carri Richardson. Ona miała walczyć na igrzyskach o złoto, ale straciła miejsce w kadrze, bo przed krajowymi eliminacjami wypaliła jointa na wieść o śmierci biologicznej matki. Jako licealistka przeżyła próbę samobójczą. Do dziś współpracuje z terapeutą i często opowiada, jak ważne jest zdrowie psychiczne.

– Chcę, abyście wiedzieli, że sportowcy także muszą sobie radzić z problemami – mówiła Richardson. – Jesteśmy ludźmi jak wszyscy. Może tylko czasem biegamy odrobinę szybciej.