Policyjne strzały w Rudzie Śląskiej, Katowicach czy Zabrzu miały tragiczny skutek. Podczas interwencji byli zabici i ciężko ranni. Taka sprawa to nie lada kłopot dla policjanta, który oddawał strzały. Najczęściej czeka go proces karny, w którym za adwokata musi zapłacić sam. Na zwrot, i to nie zawsze, może liczyć dopiero po latach.
Rzecznik praw obywatelskich i sami policjanci twierdzą, że tak być nie może. A wszystko za sprawą jednego przepisu ustawy o użyciu środków przymusu bezpośredniego. Chodzi o jej art. 10. W pkt 1 stanowi on, że policjantowi, który oddając strzał, ciężko ranił lub zabił, zapewnia się niezbędną pomoc psychologiczną i prawną. Z kolei pkt 2 mówi, że pomoc prawna, która polega na zwrocie kosztów poniesionych na adwokata, należy się dopiero po zakończeniu procesu. I to jeśli wyrok był uniewinniający albo sprawa została umorzona z powodu niepopełnienia przestępstwa lub braku ustawowych znamion czynu zabronionego.
Wątpliwa ochrona
- Tak być nie powinno – uważa rzecznik praw obywatelskich i chce, by szef resortu spraw wewnętrznych przesądził, jak faktyczna ochrona funkcjonariusza ma wyglądać. – Gwarancja pomocy jest niweczona przez ustalenie, że należy się ona dopiero po zakończeniu postępowania – zauważa prof. Irena Lipowicz i pisze w tej sprawie do ministra spraw wewnętrznych.
632 razy policjanci oddawali strzały (w tym ostrzegawcze) w latach 2010–2013
Wniosek o zajęcie stanowiska wobec art. 10 ustawy trafił do szefa MSW. Rzecznik chce też wiedzieć, jak działała ustawa w ciągu ostatnich 12 miesięcy.