Członkowie związków zawodowych celników dostrzegli luki w prawie, z których korzystała mafia alkoholowa. Miliony litrów spirytusu z Ukrainy przez kilka lat wjeżdżały do Polski jako płyn do spryskiwaczy („Rz" pisała o tym w 2009 r.).
Zawiadomili prokuraturę. CBA i NIK potwierdziły później, że przez zaniedbania urzędników Ministerstwa Finansów państwo straciło 2,8 mld zł.
Celnicy, którzy ujawnili aferę spirytusową, twierdzą, że teraz drogo za to płacą.
– Ja i inni członkowie związku jesteśmy nękani, a przełożeni do szykanowania nas wykorzystują postępowania dyscyplinarne. Mam zarzuty nawet za podpisanie pism związkowych. Próbuje nam się zamknąć usta – mówi „Rz" Sławomir Siwy, przewodniczący Związku Zawodowego Celnicy PL.
W liście do premiera napisał: „Moja kariera zawodowa legła w gruzach tylko dlatego, że działam społecznie, informuję, jak zlikwidować szarą strefę i poprawić funkcjonowanie formacji".
Celnicy zbierają wszystkie przypadki mobbingu, by donieść o nich prokuratorowi generalnemu.
Bo nie strzegą honoru i godności?
Siwy skarży się premierowi, że odkąd w listopadzie 2008 r. poinformował o aferze spirytusowej minister Julię Piterę, spotykają go szykany.
Pierwsze postępowanie wobec niego wszczęto w grudniu 2008 r. – Za interwencję w obronie celników uwięzionych przez oczekujący tłum „mrówek" na przejściu w Medyce – mówi.
Kolejne – jak wyjaśnia – miał m.in. za podpisanie dwóch pism związkowych: – W pierwszym z nich związek domagał się dymisji szefa Służby Celnej np. za brak reakcji w sprawie afery spirytusowej. W drugim zawiadamiał prokuraturę o nieprawidłowościach w mianowaniu na stopnie służbowe.
Przełożeni zarzucili związkowcowi „umyślne naruszenie dóbr osobistych innych funkcjonariuszy w czasie pełnienia służby" oraz „niedochowanie obowiązków: strzeżenia dobrego imienia służby oraz honoru i godności funkcjonariusza celnego".
W jednym z postępowań został ukarany. Odwołał się do sądu. Pozostałe umorzono.
Siwy napisał też do premiera, że od lat nie był awansowany mimo bardzo dobrych ocen okresowych i dostaje najniższe uposażenie w jego izbie spośród celników ze zbliżonym stażem.
Lekkiego życia nie mają też inni, którzy odważyli się wytknąć nieprawidłowości w służbie. – Są przenoszeni na niższe stanowiska, do pracy z dala od domów, pozbawiani nagród – wylicza Siwy.
Przeniesiony 50 km od domu
Do pracy w oddziale w Jarosławiu, odległym 50 km od domu, został przeniesiony Artur Kaczor – wiceszef ZZ Celnicy PL w Izbie Celnej w Przemyślu.
Otwarcie mówił o korupcji na polsko-ukraińskim przejściu granicznym w Korczowej, gdzie wcześniej pracował, i działających tam spółdzielniach, czyli nieformalnych grupach celników, które za łapówki mają przymykać oczy na przemyt.
– Moje kłopoty zaczęły się, gdy zauważyłem, że kierownicy zmian tak kombinują przy rotacjach komputerowych, by na zmianie byli „swoi" funkcjonariusze – mówi „Rz" Artur Kaczor.
Wylicza, że miał już około dziesięciu postępowań dyscyplinarnych. Np. za to, że „niewłaściwie wykonywał obowiązki na stanowisku wagowym". – Moja „wina" polegała na tym, że osiem minut przed końcem służby musiałem pójść do toalety, która jest kilkadziesiąt metrów dalej – twierdzi Kaczor.
Relacjonuje, że w decyzji o przeniesieniu stwierdzono, iż jego umiejętności i doświadczenie będą przydatne w nowym oddziale.
– Ze wsi, gdzie mieszkam, nie jeżdżą autobusy, a na dojazdy prywatnym autem 100 km dziennie mnie nie stać, benzyna to koszt ok. 7 tys. zł rocznie – opowiada Kaczor. Dojeżdża okazją, część drogi pokonuje piechotą, czasem się spóźnia. – Mam więc dyscyplinarkę za spóźnienia – kwituje.
Ministerstwo Finansów tłumaczy w piśmie do „Rz", że postępowanie o zwolnienie Artura Kaczora wszczęto „dla dobra służby", w związku z „często powtarzającymi się i długotrwałymi nieobecnościami w służbie, spowodowanymi przebywaniem na zwolnieniach lekarskich".
Latem 2009 r. złamał rękę i stłukł rdzeń kręgowy po upadku z konia. Na zwolnieniu był około pół roku. Krótko potem złamał nogę.
Z kilku postępowań, jakie miał w ostatnich latach, większość umorzono.
Naciski przełożonych
Kłopoty miał też Władysław Ż. z oddziału Celnego Medyka-Żurawica, który się sprzeciwiał, by spirytus wjeżdżał jako płyn do spryskiwaczy. Dziś jest na emeryturze.
W 2007 roku pisał do Ministerstwa Finansów, że celnikom, którzy zwracali uwagę na nieprawidłowości, szefowie grozili postępowaniami dyscyplinarnymi. Podawał, że p.o. kierownika zmiany w oddziale kolejowym bezpośredni szefowie próbowali pozbawić nagrody, zdjąć ze stanowiska i obciążyć kosztami postoju cysterny (4,5 tys. zł).
Według Ministerstwa Finansów nie ma mowy o szykanowaniu czy zastraszaniu celników piętnujących nieprawidłowości.
Kierownictwo Służby Celnej prowadzi „politykę kadrową w sposób transparentny, we współpracy ze wszystkim organizacjami związkowymi, funkcjonującymi w szeregach Służby Celnej" – czytamy w odpowiedzi resortu.
Ministerstwo zwraca uwagę, że przedstawiciele kierownictwa służby ponoszą odpowiedzialność prawną za swoje działania, a związkowcy – nie. I dodaje, że działania związków zawodowych polegają jedynie na „kreowaniu permanentnego sporu z pracodawcą".
W 2009 roku wobec celników wszczęto w sumie 165 postępowań dyscyplinarnych, w 2010 roku – 164. Ilu wśród nich było członków związku – nikt nie liczy.
Tomasz Ludwiński, przewodniczący Sekcji Krajowej NSZZ „Solidarność" Pracowników Skarbowych, twierdzi, że przypadki mobbingu zdarzają się także w instytucjach skarbowych.
– Ministerstwo Finansów toleruje szykanowanie pracowników związkowców – komentuje Ludwiński. – Można powiedzieć, że jest współwinne temu stanowi, skoro nie wyciąga konsekwencji służbowych wobec naruszających prawo, mimo licznych zgłoszeń pisemnych i ustnych. To może rozzuchwalać niektórych kierowników jednostek podległych ministrowi finansów.
masz pytanie, wyślij e-mail do autorek: g.zawadka@rp.pl, g.lesniak@rp.pl