– Prezes sądu ma prawo wydawać polecenia dotyczące sprawności postępowania sądowego. Dotyczy to także zarządzeń nadzorczych. Są to jednak tylko zalecenia, a nie bezwzględnie obowiązujące reguły – przesądził w czwartek Sąd Najwyższy–Sąd Dyscyplinarny. Zajmował się sprawą warszawskiego sędziego Łukasza Piebiaka.
Sąd uznał go za winnego czterech przewinień: niezawiadomienia prezesa o zamiarze podjęcia dodatkowych zajęć dydaktycznych, udział w konferencjach i seminariach bez zgody prezesa oraz przekroczenie terminu sporządzenia uzasadnień w 28 sprawach. Zastępca rzecznika dyscyplinarnego SO w Warszawie zarzucał mu też, że nie stosował się do zarządzeń nadzorczych w sprawie tzw. pensum sesjowego. Chodzi o wyznaczenie przez prezesa liczby wokand, które sędziowie muszą załatwić w miesiącu. Z tego ostatniego zarzutu SA–SD uniewinnił sędziego. W pozostałych uznał jego winę, ale od wymierzenia kary odstąpił.
Od wyroku odwołali się zarówno MS, rzecznik dyscyplinarny, jak i sędzia oraz jego obrońcy. Obwinionego wspierał przedstawiciel Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia.
Sędzia Piebiak przekonywał SN, że sam fakt, że toczy się przeciw niemu postępowanie dyscyplinarne, jest nie tylko sytuacją mało komfortową, ale także sprawia, że nie może awansować do sądu okręgowego. Mówił, że był jednym z sędziów w wydziale gospodarczym (SR dla m.st. Warszawy), którzy wyznaczali najwięcej wokand, i pierwszym na liście kończących najwięcej spraw. Tłumaczył też, że nie informował prezesa sądu o dodatkowych szkoleniach, bo poprzednik wymagał jedynie jednorazowego powiadomienia o stałych dodatkowych zajęciach, a nowy oficjalnie nie poinformował, że ma inne wymagania.
Przyznając się do nieterminowego pisania uzasadnień, przekonywał, że warszawscy sędziowie nie zdołają sprostać wszystkim terminom. A fakt, że wytknięto to właśnie jemu, świadczy, że w sprawach dyscyplinarnych prezes działa wybiórczo.