Jaka jest dziś skala wykorzystania telemedycyny w Polsce?
To zależy od specjalizacji. Najczęściej jest wykorzystywana w medycynie rodzinnej. W 2020 r., w szczycie pandemii, teleporady stanowiły nawet 70–80 proc. wszystkich wizyt, potem ich udział ustabilizował się na poziomie około 12–15 proc. konsultacji w POZ. Choć możliwość zdalnej konsultacji bywa dla pacjentów wygodna, dla części przychodni wyzwaniem jest system zapisów. Zdarza się, że pacjent umawiany jest na konkretny dzień, a nie godzinę, przez co przez cały dzień musi być pod telefonem i czekać, aż lekarz zadzwoni.
Rozwój telemedycyny w ostatnich latach znacząco przyspieszył. Czy ramy prawne były na to przygotowane?
W dużej mierze, zarówno od strony technologicznej, jak i prawnej, byliśmy dobrze przygotowani, zanim telemedycyna zaczęła rozwijać się na tak szeroką skalę. Już przed pandemią Covid-19 sprawnie wdrożono e-zwolnienia oraz e-recepty, co odegrało kluczową rolę w zapewnieniu ciągłości opieki zdrowotnej w czasie kryzysu. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że Polska należy do czołówki krajów pod względem dostępności narzędzi niezbędnych do rozwoju telemedycyny. Dla porównania, w Niemczech wiele z tych rozwiązań wprowadzono dopiero w trakcie lub po pandemii.
Ważną rolę w ograniczaniu ryzyk pojawienia się niepożądanych praktyk w telemedycynie odegrało środowisko lekarskie, które wspierało procesy legislacyjne. Co istotne, dziś telemedycyna funkcjonuje najczęściej jako uzupełnienie tradycyjnej opieki. Lekarze, mając możliwość ponownego przyjmowania pacjentów stacjonarnie, coraz częściej łączą obie formy kontaktu. W sytuacjach, gdy podczas teleporady pojawiają się wątpliwości diagnostyczne lub konieczne jest badanie fizykalne, pacjent zapraszany jest na wizytę stacjonarną. Zdarza się jednak również, że problem zdrowotny udaje się w pełni rozwiązać w ramach teleporady.
Od kilku lat kontrowersje budzą tzw. receptomaty, czyli wystawianie recept przez lekarzy, którzy realizują wizyty w poradni online.
Z moich informacji wynika, że placówki te przeprowadzają setki tysięcy, a nawet miliony konsultacji rocznie. W pewnym stopniu odciążają podstawową opiekę zdrowotną, co należy ocenić pozytywnie, ponieważ pacjent, który nie może szybko dostać się do lekarza rodzinnego, nie pozostaje całkowicie bez pomocy. Problem pojawiał się jednak wtedy, gdy proces wystawiania recepty sprowadzał się wyłącznie do transakcji pozbawionej realnego kontaktu z pacjentem i rzetelnej oceny stanu jego zdrowia.
Sytuacja uległa jednak zmianie po wejściu w życie ustawy z 7 listopada (2024 r. – red.). Wprowadziła ona wymóg, aby leki o wysokim potencjale nadużycia, w tym leki psychotropowe, opioidowe oraz uzależniające, mogły być przepisywane wyłącznie po konsultacji stacjonarnej. Rozwiązanie to ograniczyło pole do nadużyć. Dodatkowo nałożono na lekarzy obowiązek weryfikowania historii przyjmowanych przez pacjenta leków, m.in. z wykorzystaniem systemów takich jak MojeIKP. Umożliwia to wgląd w recepty wystawione danej osobie na terenie kraju i pozwala skuteczniej przeciwdziałać wyłudzaniu oraz nadmiernemu stosowaniu leków.