Rzeczpospolita: Czy to, co dzieje się teraz, traktuje pan jako debiut, jako powrót czy może jako przerwanie długiej pauzy?

Robert Kubica: To trudne pytanie, bo bycie kierowcą Formuły 1 nie polega tylko na samym prowadzeniu samochodu. W pewnych sytuacjach jestem debiutantem, mam wprawdzie jakieś doświadczenie z nową generacją samochodów, ale wielu rzeczy tak do końca nie wiem. Z drugiej strony wiem dużo więcej niż debiutant w innych kwestiach, jak praca z zespołem, czy to, co jest potrzebne, by być na wysokim poziomie jako kierowca. Mentalnie czuję się dużo lepiej niż debiutant.

A emocje są większe niż 12 lat temu? Można to w ogóle porównać?

Nie, ponieważ nie pamiętam, jakie odczuwałem emocje tak dawno temu, i tak się zastanawiam, czy w ogóle jakieś miałem.

A teraz pan ma?

Nie.

Ale zdaje pan sobie sprawę ze znaczenia takiego powrotu?

Zdaję sobie sprawę z punktu widzenia człowieka, ale tak naprawdę jestem kierowcą i skupiam się na mojej pracy. Według mnie to zawsze było moim dużym plusem. Kiedy skupiasz się na czymś, to nie masz czasu na myślenie o innych rzeczach.

Jak pan teraz patrzy na ten ośmioletni okres po wypadku?

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Na pewno były różne etapy tych ośmiu lat, myślę, że minimum cztery. Było dochodzenie do zdrowia, była rehabilitacja. Był etap rajdów, wówczas bardzo ważny, i były ostatnie dwa lata. Na tym ostatnim etapie wydarzyło się wiele rzeczy, których nie widać. Włożyłem dużo pracy i cieszę się z podjętych decyzji.

Miał pan różne możliwości do wyboru. Co zadecydowało o tym, że wybrał pan starty w Formule 1, w zespole znajdującym się w dołku?

Zadecydowała wyścigowa mentalność, którą w mojej sytuacji musiałem odstawić trochę na bok, a nawet w pewnym momencie zdusić. Były momenty, gdy wydawało mi się, że nie brakuje mi ścigania, ale tylko dlatego, że o tym nie myślałem. Kiedy już zacząłem myśleć, to musiałoby się wiele dziwnych rzeczy wydarzyć i chyba na tyle nie zwariowałem, żeby z dnia na dzień odwiesić kask na kołek, jeśli są szanse ścigania się na wysokim poziomie.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia?

Tak. Im bliżej tego byłem, tym więcej o tym myślałem. Powoli zorientowałem się, że chęć ścigania wcale nie zniknęła, tylko była sobie gdzieś z boku, żeby nie przeszkadzać i nie zmuszać do podejmowania decyzji za wszelką cenę.

To bardziej spełnienie marzenia czy osiągnięcie celu?

To tak naprawdę cel, a nie marzenie i najlepsza nagroda za mnóstwo pracy, przeżycie trudnych momentów, za doping kibiców, których pozdrawiam i im dziękuję. Fajnie, że kończy się pewien okres w moim życiu, który tak naprawdę trochę mi nie pasował. Nieswojo się czułem, ale teraz, gdy zaczęliśmy rozmawiać o przyszłości, to zorientowałem się, że brakowało mi tych wzruszeń, zastanawiania się, jak to będzie. Same przygotowania do Australii (pierwsze Grand Prix przyszłego sezonu, 17 marca w Melbourne – przyp. red.), gdzie postawię samochód na polach startowych, wywołują wielkie emocje.

Rok temu było blisko, ale musiał pan spędzić sezon w roli rezerwowego...

Ten rok sporo mi dał. Mogłem pojeździć w treningach i testach, poznałem zespół i specyfikę pracy, bo Formuła 1 jest inna niż osiem lat temu. Zrozumiałem pewne sprawy i się do nich dostosowałem. Jestem lepiej przygotowany niż 12 miesięcy temu. Ten rok nie poszedł na marne. Gdy decydowałem się na tę rolę, zdawałem sobie sprawę z tego, jakie będę miał trudności. Oglądanie, jak ścigają się inni, nie jest łatwe, ale wiedziałem, że jak będę ciężko pracował, to mi się uda.

Jest pan na pewno świadomy tego, co działo w mediach przez ostatnie dni przed oficjalnym potwierdzeniem powrotu. A pan spał spokojnie?

Ostatnie tygodnie były napięte. Wiele działo się za kulisami, to nie jest tak, że uścisk dłoni o wszystkim przesądza. Gdyby tak było, to jeździłbym w tym roku, ale dwanaście miesięcy temu skończyło się inaczej. Dopóki nie było oficjalnego komunikatu, niczego nie można być pewnym.

Nie denerwują pana powtarzające się wciąż pytania o to, czy pan sobie poradzi, czy jest pan w stanie prowadzić wyścigowe maszyny w każdej sytuacji?

Zawsze uważałem się za człowieka, który próbuje stawiać się w sytuacji innych osób. Nauczyło mnie tego życie, a szczególnie ostatnie lata. Nie wszyscy mamy takie same charaktery czy wizję życia, każdy może sobie myśleć to, co chce. Wiem, że w pierwszym sezonie startów w rajdach moje ograniczenia nie ułatwiały mi sprawy, ale wiem też, że sama jazda znacznie przesunęła te ograniczenia, ten limit. Dlatego mam podstawy sądzić, że skoro będę mógł jeździć regularnie, to w samochodzie Formuły 1 też wszystko będzie mi przychodziło łatwiej i bardziej naturalnie. Właśnie naturalność jest tu lekarstwem, tak jest zresztą w przypadku każdego sportowca na wysokim poziomie. Po prostu trzeba robić rzeczy tak, żeby o nich nie myśleć. Rajdy to był jedyny moment, kiedy tak miałem – na odcinkach specjalnych byłem skoncentrowany. W ogóle nie odczuwałem, że jestem inny, że mam ograniczenia. Po prostu jechałem i robiłem to, co uważałem za stosowne. Oczywiście wiem, że takie pytania będę dostawał przez dobrych kilka lat, dopóki nie skończę jeździć – a pewnie jak skończę, to nadal będą padały. Takie jest życie i nic na to nie poradzę, ale nie odczuwam tu jakiejś specjalnej urazy.

Czy jest szansa, że na torach Formuły 1 zobaczymy Roberta Kubicę w formie z sezonu 2010, ostatniego przed wypadkiem?

Wszystko zależy od tego, jak szybko wrócę do swojego poziomu, jeśli chodzi o tę naturalność jazdy. Podkreślam kolejny raz, że kierowca nie tylko prowadzi samochód. Na wszystko składa się zespół, ludzie pracujący dookoła, otoczenie, oczywiście też twoja forma i jazda, ale też sposób pracy. Na pewno w przyszłym roku bardzo ważna będzie właśnie współpraca z zespołem i osiągi nowego samochodu. To jest podstawa. W sezonie 2010, który uważam za swój najlepszy, na początku nasz samochód nie spisywał się szczególnie super, ale poszliśmy w zupełnie innym kierunku, jeśli chodzi o jego ustawienia i całą wizję tego, co auto powinno robić. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę, ale potrzebna była szybka reakcja zespołu, przekonanie go, że jest to właściwa droga. To są bardzo ważne rzeczy. Ja ze swojej strony będę starał się wykonać zadanie jak najlepiej, ale powrót na poziom, na którym byłem, wymaga wielu rzeczy i sporej pracy, nie tylko mojej.

Wraca pan jako drugi najstarszy kierowca w stawce...

Ale plus też jest taki, że mam przejechane o sześć sezonów mniej niż ten najstarszy (Kimi Raikkonen, Robert Kubica 7 grudnia skończy 34 lata – przyp. red.), czyli jestem jeszcze młody. Plusem też jest to, że jestem tylko o miesiąc starszy niż Lewis Hamilton, który jest chyba w swojej szczytowej formie...

Zespół bardzo liczy na pańskie wsparcie techniczne, ale to podobno Siergiej Sirotkin uzyskał najlepszy wynik w wewnętrznym teście Williamsa na biegłość techniczną, bijąc dawny rekord Nico Rosberga. A panu jak poszło?

Ja nie wykonywałem żadnych testów i egzaminów. Jakoś się prześlizgnąłem, może akurat nie było mnie na tych zajęciach!

Claire Williams mówi też, że pańskie szczere i bezpośrednie uwagi pomogą zmotywować zespół. Jest pan gotowy, by pociągnąć ekipę naprzód?

Nie mam z tym problemów, ale powtarzam, że do pociągnięcia wszystkiego potrzebni są odpowiedni ludzie dookoła. Mam nadzieję, że przyszły sezon przyniesie motywację i nada zespołowi kierunek, w którym trzeba podążać, żeby sytuacja była lepsza niż w tym roku.

Czy ten powrót jest pana największym osiągnięciem?

Jednym z większych. Jako człowieka poza wyścigami, to największe osiągnięcie, ale jeśli chodzi o mnie jako kierowcę, to były większe.

rozmawiał w Abu Zabi Mikołaj Sokół
Autor jest komentatorem?telewizji Eleven Sports