Nadto, jak po każdych szokujących opinię publiczną doniesieniach, pojawiają się wezwania do zmian obowiązującego prawa. Co myśleć o podobnych postulatach?
Za Paulusem, rzymskim prawnikiem z III w. po Chr., chętnie powtarzamy: mater semper certa est, pater vero is est, quem nuptiae demonstrant – matka jest zawsze pewna, ojcem zaś jest ten, na kogo wskazuje małżeństwo. Domniemanie wyrażone w zdaniu drugim od zawsze przejmowano do ustawodawstw. Ono zresztą stało się podstawą dyskryminacji dzieci pozamałżeńskich: skoro matka nie miała męża, dziecko prawnie nie ma ojca, a więc i po kim dziedziczyć, i czyją troską się cieszyć. Na szczęście udało się wyplenić tę dyskryminację w ciągu ostatnich stu lat: dlaczegóż dziecko skazywać na konsekwencje działań, na które nie miało wpływu? A rzymskie domniemanie nadal służy interesom dziecka, przenosząc ciężar dowodu na tych, którzy twierdziliby, że ojcem był ktoś inny niż małżonek rodzicielki.
Zdania pierwszego ustawodawstwa nawet nie powtarzały, uważając za oczywiste. Nie stwarza problemów dowodowych ustalenie, z czyjego łona dziecko przyszło na świat. Rzymski jurysta napomknął, iż rodzicielka jest zawsze znana, gdy komentował postanowienie pretora: urzędnik zakazał bez swej zgody pozywać własnych rodziców. Problematyczne mogło być, jakiego mężczyzny nie wolno przywieść na drogę sądową. Kto jest matką, wydawało się pewne. W starożytności komplikacje mogły się pojawić jedynie w razie zamiany noworodków. Król Salomon zasłynął z mądrości, o którą prosił Boga: „daj słudze Twemu serce pełne rozsądku do sądzenia Twego ludu i rozróżniania dobra od zła". A znamy tylko jedno konkretne rozstrzygnięcie. Gdy kobiecie zmarł noworodek, zamieniła go na żywego syna współlokatorki. Władca zażądał miecza, aby rozciąć dziecko i po pół dać każdej ze spierających się. Matka postanowiła chłopca oddać, byle zachować go przy życiu. Wtedy jej przypadł w salomonowym wyroku, który za podstawę przyjął naturalną więź rodzicielki z dzieckiem.
Polski ustawodawca w 2008 r. mądrze zdecydował się wprost wpisać do kodeksu rodzinnego i opiekuńczego mater semper certa est poprzez przepis: „Matką dziecka jest kobieta, która je urodziła". Dlaczego trzeba było zadekretować „oczywistą oczywistość", iż fakt urodzenia jest jedyną, konieczną i wystarczającą przesłanką macierzyństwa, rozumianego jako instytucja prawna? Umiejętności techniczne pozwalają zapładniać poza organizmem i donosić ciążę przez inną kobietę niż dawczyni gamet. Niebezpieczeństwo oddzielenia rodzicielstwa genetycznego od rodzicielstwa biologicznego – wobec przewidywania sporów, która z kobiet jest matką – ustawodawca przeciął w rzymskiej tradycji, stawiając na jasność faktyczną i podkreślając więź uczuciową z dzieckiem, na którą decydująco wpływają stan ciąży i poród. Macierzyństwo konstytuuje przecież pochodzenie dziecka oraz stanowi element stanu cywilnego, a ten jest niepodzielny: w świetle prawa każdy człowiek może mieć tylko jedną matkę i jednego ojca. Dla doktryny stało się też jasne, że tzw. umowy o macierzyństwo zastępcze są bezwzględnie nieważne.
Wezwania do zmian w prawie wydają się podyktowane emocjami. Nie warto manipulować sprawdzonym i potwierdzonym niedawno rozwiązaniem, które jasno i zasadnie określa, kto jest matką dziecka. Przypadki niedobrowolności przyjęcia embrionu dla donoszenia ciąży to rzadkość. Trudno też mówić o prawach „matki genetycznej", a zatem i o ewentualnej ich ochronie. To dziecko ma prawo do rodzicielki. Raczej ojcostwo dawałoby się określać jako genetyczne, a przecież za decydującą uznajemy więź prawną; zwłaszcza że od Rzymian przejęliśmy koncepcję adopcji, czyli pełnoprawnego pochodzenia od adoptujących. Do rozważenia jest natomiast zapewnienie dziecku prawa do tożsamości genetycznej, ważnej choćby dla kwestii przeszczepów czy chorób genetycznych. Porządek prawny winien zadbać o dobro dziecka, bo ono jest podmiotem. Wraca pytanie, dlaczego skazywać je na konsekwencje działań, na które nie miało wpływu.