Ustawę o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych Ministerstwo Zdrowia zapowiada już od półtora roku. Sławomir Neumann, wiceminister zdrowia, obiecuje, że jej założenia przedstawi premierowi w marcu.
Jeszcze jedna składka
Dzięki nowej ustawie Polacy mają zyskać możliwość kupienia dodatkowej polisy zdrowotnej w prywatnych firmach medycznych. Publiczne lecznice będą zaś podpisywać kontrakty nie tylko z NFZ, ale także z ubezpieczalniami lub firmami abonamentowymi. W efekcie pacjent z polisą szybciej skorzysta np. z operacji w powiatowym szpitalu, bo zapłaci za nią ubezpieczyciel. Zdaniem ministra Neumanna te polisy przyczynią się właśnie do rozładowania kolejek. Część pacjentów, która je wykupi, nie będzie się do nich zapisywać. Skorzysta z zabiegu za dodatkową składkę.
Z kolei szpitale będą mogły wreszcie wykorzystać sprzęt. Teraz po godzinie 15 przestaje on bowiem pracować, bo kontrakt z NFZ nie pozwala wykonać więcej usług.
Dzięki dodatkowym polisom ma też być taniej.
– Dziś pacjent płaci za wizytę u prywatnego lekarza i nie dyskutuje o cenie. Jeśli w imieniu grupy chorych cenę negocjowałby ubezpieczyciel, wizyta kosztowałaby nie więcej niż 30–40 zł – tłumaczył już wcześniej wiceminister Neumann „Rz".
Eksperci podkreślają, że pomysł resortu rzeczywiście może rozładować kolejki. Jak zwykle jednak diabeł tkwi w szczegółach.
– Najpierw resort zdrowia i NFZ powinny lepiej zarządzać koszykiem, czyli wykazem zabiegów i leków refundowanych. Trzeba dokładnie określić, co pacjentom należy się za składkę płaconą do NFZ, i dopiero wtedy wprowadzać polisy dodatkowe – mówi Krzysztof Łanda z fundacji Watch Healtch Care. Jego zdaniem polisy dodatkowe będą miały sens tylko wtedy, gdy pacjent za nie będzie mógł wykupić sobie usługi nierefundowane, np. innowacyjne leki dla chorych onkologiczne.
Jeszcze przed rokiem sztandarowym pomysłem Bartosza Arłukowicza na likwidację kolejek miała być decentralizacja NFZ. Ministerstwo chciało dać większe kompetencje regionalnym oddziałom Funduszu. To ich dyrektorzy mieli określać, na jakie usługi jest zapotrzebowanie w regionie i według tych planów podpisywać z lecznicami kontrakty. Dziś już wiadomo, że decentralizacji nie będzie.
– Te pomysły były niedobre. Przewidywały, że wojewódzkie oddziały NFZ będą państwowymi osobami prawnymi, ale na zmniejszenia kolejek nie miałyby one wpływu – uważa Maciej Dercz, ekspert ds. zdrowia Instytutu Prawa Ochrony Zdrowia Uczelni Łazarskiego. Jego zdaniem resort zdrowia powinien przygotować mapy potrzeb zdrowotnych kraju. Określiłyby one, do jakich specjalistów są największe kolejki w danym regionie, co pozwala właściwie kierować strumień pieniędz. Oddziały NFZ już dziś mogłyby podpisywać umowy z przychodniami i szpitalami według tych wytycznych. Taki pomysł miał też resort i się z niego nie wycofuje. Bartosz Arłukowicz podkreśla, że kończy pracę nad mapami.
Projekt decentralizacji NFZ miał przynieść jeszcze inne rozwiązanie. Nad jego brakiem ubolewają eksperci. Chodzi o urząd, który zająłby się rzetelną wyceną usług medycznych
– Obecnie za niektóre NFZ płaci za dużo, a za inne za mało. Kolejki skróciłyby się zatem, gdyby taki urząd przesunął pieniądze w najbardziej zaniedbane i potrzebujące dziedziny medycyny–mówi Krzysztof Łanda.
Już pod koniec 2013 r. Agnieszka Pachciarz, była prezes NFZ, chciała podzielić pieniądze, jakie ma NFZ na medycynę rodzinną. Planowała wydzielić z tej puli część finansów i przekazywać je lekarzom, jeśli wykonają pacjentom dodatkowe badania. Pomysł spotkał się z oporem środowiska, a zmiany ostatecznie zastopował Bartosz Arłukowicz.
Brakuje pieniędzy
Zdaniem ekspertów żadnych reform w służbie zdrowia ani skrócenia kolejek nie da się przeprowadzić bez dodatkowych pieniędzy. Nie wystarczy też 63 mld zł, jakimi dysponuje NFZ.
Maciej Dercz uważa, że więcej pieniędzy powinno przypłynąć z budżetu państwa. A Marek Balicki, że trzeba oskładkować umowy o dzieło.
masz pytanie, wyślij e-mail do autorki k.nowosielska@rp.pl