Javier Milei prezydentem Argentyny. Skok w nieznane

Javier Milei, ultraliberalny ekonomista bez doświadczenia politycznego, zostanie nowym prezydentem Argentyny. To wyraz desperacji społeczeństwa doprowadzonego do nędzy przez lokalną odmianę nacjonalistycznego populizmu: peronizm.

Publikacja: 20.11.2023 13:30

Javier Milei

Javier Milei

Foto: AFP

Wielkie, czarne litery krzyczą: „Milei 2023: la esperanza de un pais mejor” (nadzieja na lepszy kraj). Zza kartonu widać czarne, zmęczone oczy. Zdjęcie dziewczyny uchwyconej w tłumie, który w nocy z niedzieli na poniedziałek powitał swojego zwycięzcę na gigantycznej Avenida 9 de Julio przecinającej 25-milionowe Buenos Aires być może najlepiej tłumaczy wyniki tych wyborów prezydenckich. To opowieść o kraju, który jeszcze do lat trzydziestych XX wieku należał do grona paru najbogatszych państw świata, ale dziś nie jest w stanie zapewnić nawet minimalnych warunków bytowych 40 proc. społeczeństwa.

Milei, który dał się poznać dzięki prowokacyjnym wystąpieniom w telewizji, zaledwie dwa lata temu wszedł do polityki (jest deputowanym). Ale w minioną niedzielę otrzymał 55,8 procent głosów wobec 44,2 proc. dla dotychczasowego ministra gospodarki Sergio Massa.

Czytaj więcej

Libertarianin Javier Milei nowym prezydentem Argentyny

- To trzy miliony głosów przewagi. Peronizm nigdy nie poniósł w otwartych wyborach takiej porażki - mówi „Rzeczpospolitej” Carlos Malamud, znawca Ameryki Łacińskiej w instytucie Real Elcano w Madrycie. 

Likwidacja państwa

Chodzi o powołany na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych przez generała Juana Perona (i jego żonę Evitę) ruch, który był swoistą mieszkanką nacjonalizmu, protekcjonizmu i osłon socjalnych i wydał 9 prezydentów (w tym kończącego urzędowanie Alberto Fernandeza). Tylko w ostatnich 30 latach doprowadził do podwojenia wydatków państwa. Argentyńczycy przez pokolenia dawali się uwieść populistycznym hasłom, ale tym razem głęboki kryzys gospodarczy, w tym inflacja sięgająca 143 proc. rocznie i załamanie kursu peso, skłonił ich do postawienia na zupełnie nieznaną kartę. 

- Państwo nie jest rozwiązaniem, ale przyczyną naszych trudności - to główne hasło, które zapewniło Javierowi Milei sukces. Ekscentryczny polityk zapowiedział, że ograniczy wydatki publiczne o gigantyczne 15 punktów procentowych PKB. Ma zniknąć 10 z 18 ministerstw. To jest część planu „matasierra” (piła mechaniczna).

Nie będzie dłużej darmowej edukacji i ochrony zdrowia: Argentyńczycy dostaną w zamian kupony, które pozwolą im sfinansować naukę i badania w placówkach prywatnych. Na podobnych zasadach zostaną obcięte zabezpieczenia socjalne i emerytalne. Milei chce „zlikwidować” bank centralny a peso zastąpić dolarem.

Czytaj więcej

W Argentynie brakuje benzyny. Kierowcy: Szukamy jej jak wody na pustyni

Zapowiada swobodę noszenia broni i handlu organami ludzkimi. Chce przekreślić wprowadzoną w 2020 roku legalność aborcji. Receptą na powstrzymanie przestępczości ma być zwiększenie wydatków na armię z 0,6 do 2 proc. PKB i powierzenie siłom zbrojnym zadania pilnowania porządku publicznego. 

Rewolucję czeka też Argentynę w polityce zagranicznej. Jej głównym sojusznikiem mają się stać Stany Zjednoczone i Izrael. Buenos Aires odwróci się natomiast od Brazylii rządzonej od początku tego roku przez lewicowego prezydenta Ignacio Lulę da Silvę, i Chin.

- Nie będziemy się zadawać z komunistami - zapowiada Milei. I dodaje, że na miejsce protekcjonistycznej polityki handlowej zostanie wprowadzona całkowita swoboda wymiany towarów. 

- Argentyna znów będzie wielka - napisał w depeszy gratulacyjnej Donald Trump odwołując się do swojego hasła MAGA.

Nie ma dolarów

Dla zwycięstwa Javiera Milei decydujące było poparcie zaraz po pierwszej turze wyborów kandydatki liberalnej prawicy Patricii Bullrich i wywodzącego się z tej rodziny politycznej prezydenta z lat 2015-2019 Mauricio Macriego. 

- Nie chodziło tylko o ich elektorat, ale przede wszystkim rękojmie, że Milei jest demokratą i kimś w jakimś stopniu odpowiedzialnym - tłumaczy Malamud. 

Bo też niezależnie od radykalnych propozycji gospodarczych, przyszły przywódca kraju wywołuje wiele kontrowersji także odnośnie przeszłości. Jego zastępczyni (będzie wiceprezydentem), wywodząca się z rodziny wojskowych Victoria Villarruel otwarcie chwali dyktaturę mundurowych z lat 1976-1983 (upadła z powodu klęski wojny o Malwiny/Falklandy z Wielką Brytanią), zaś Milei podaje w wątpliwość uchwałę demokratycznego parlamentu o „terroryzmie państwowym” z tamtych lat, kiedy junta zamordowała około 30 tys. osób.

Realizacja znanego z niekontrolowanych gestów na wiecach Javiera Milei planu łatwa jednak nie będzie. Jego ugrupowanie, utworzona ledwie dwa lata temu La libertad avanza (wolność idzie do przodu), ma tylko 8 spośród 72 senatorów i 40 spośród 257 deputowanych izby niższej parlamentu. Wsparcie partii Macriego będzie tu kluczowe. Zapowiedział on, że go udzieli, gdy będzie chodziło o „rozsądne” propozycje. 

Czytaj więcej

W Argentynie peronizm nie umiera nigdy

Ekonomiści wskazują z kolei, że dolaryzacja gospodarki będzie niezwykle trudna z tego prostego powodu, że bank centralny praktycznie wyzbył się wszelkich rezerw i po prostu amerykańskiej walutowy nie ma. Nie jest też jasne, jak Argentyńczycy zareagują na spodziewaną, gwałtowną dewaluację peso. Dziś oficjalnie za dolara można dostać 350 peso, jednak realny kurs na czarnym rynku to 900 peso. Milei zapowiedział, że w ciągu trzech miesięcy zlikwiduje ten podwójny system. Zanim więc zacznie się obiecywane odbicie gospodarcze, naród musi przejść przez jeszcze większe załamanie. 

Przyszły prezydent, który ma zostać zaprzysiężony już 10 grudnia, zapowiedział, że „nie będzie niczego robił stopniowo”. Jego zdaniem Argentyny nie stać dłużej na „wahania”. To lekcja, jaką wyciągnął z doświadczeń Macriego, który chciał wprowadzać krok po kroku liberalne reformy gospodarcze. Skutek był taki, że w ciągu czterech lat jego władzy Argentyńczycy odczuli przede wszystkim koszty zmian, ale już nie doczekali się pozytywnych efektów, zanim wrócił peronizm. 

Cierpliwość wyborców Javiera Milei jest tym mniejsza, że chodzi przede wszystkim o niewidzącą dla siebie perspektyw młodzież oraz biedotę mieszkającą głównie w gigantycznych przedmieściach otaczających centrum Buenos Aires. To ludzie, którzy nie mają żadnych zabezpieczeń, aby przetrwać nawet relatywnie krótki kryzys a więc są potencjalnie skorzy do buntu.  

Wielkie, czarne litery krzyczą: „Milei 2023: la esperanza de un pais mejor” (nadzieja na lepszy kraj). Zza kartonu widać czarne, zmęczone oczy. Zdjęcie dziewczyny uchwyconej w tłumie, który w nocy z niedzieli na poniedziałek powitał swojego zwycięzcę na gigantycznej Avenida 9 de Julio przecinającej 25-milionowe Buenos Aires być może najlepiej tłumaczy wyniki tych wyborów prezydenckich. To opowieść o kraju, który jeszcze do lat trzydziestych XX wieku należał do grona paru najbogatszych państw świata, ale dziś nie jest w stanie zapewnić nawet minimalnych warunków bytowych 40 proc. społeczeństwa.

Pozostało 91% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Polityka
Joe Biden pomylił nazwiska Donalda Trumpa i Kamali Harris. Mówiąc o Zełenskim powiedział "Putin"
Polityka
Konta założone po inwazji na Ukrainę zalały Niemcy i Francję dezinformacją przed wyborami
Polityka
Przywódcy NATO pytają o stan Bidena. Orbán porównuje sytuację do katastrofy Titanica
Polityka
Współpracownicy Joe Bidena uważają, że powinien wycofać się z wyborów
Materiał Promocyjny
Mazda CX-5 – wszystko, co dobre, ma swój koniec
Polityka
Rośnie sceptycyzm wobec kandydatury Joe Bidena. Gorące debaty o jego zdrowiu
Materiał Promocyjny
Branża bankowa gorszy okres ma za sobą