– Ukraina nadal zbiera siły, koncentruje oddziały Gwardii Narodowej złożone z ekstremistycznych nacjonalistów. A oni są jeszcze gorsi niż natowscy wojskowi – wołał Aleksander Łukaszenko na zebraniu białoruskich wojskowych, na którym ogłosił o rosyjsko-białoruskich ćwiczeniach.

Uzasadniał je zaś zagrożeniem ze strony Kijowa. „Wszystko to wglądało na spektakl i to dość prowincjonalnego teatru" – opisał wystąpienie Łukaszenki kijowski dziennikarz Kiriłł Karasiew. Łukaszenko informował bowiem o ćwiczeniach, gdy kilka godzin wcześniej w sieciach społecznościowych pojawiły się wideo transportów wojskowych z rosyjskim sprzętem jadących przez Białoruś.

Kijów skierował pod koniec ubiegłego roku na granicę o długości ponad 1 tys. kilometrów (w większości biegnącą przez bagna Polesia) ok. 10 tys. gwardzistów – po groźbach Białorusinów, że teraz na Ukrainę skierują uchodźców z polskiej granicy. Gwardziści nie mają ciężkiego sprzętu.

Czytaj więcej

Blinken w Kijowie: Ukraina musi przygotować się na ciężkie dni

Naprzeciw nich zaczyna się zbierać – według ocen zachodnich analityków – 8–15 tys. rosyjskich żołnierzy oraz nieznana liczba białoruskich. Same manewry mają się zacząć dopiero 10 lutego. Ale wojska już przybywają, gdyż okazało się, że wcześniej „zostanie sprawdzona gotowość sił szybkiego reagowania". Gotowość ma polegać m.in. na pilnowaniu granicy, a to znaczy, że rosyjscy żołnierze znajdą się około 100 kilometrów na północ od ukraińskiej stolicy.

– Zaczęła się lawina wydarzeń, w których Białoruś przestaje być podmiotem, a staje się przedmiotem. Jeśli naprawdę zacznie się konflikt wojenny, to trudno mi sobie wyobrazić, by Białoruś mogła jakoś dystansować się od niego, a Łukaszenko w pewnym momencie powiedzieć (do Rosjan): „No dobra, zabierajcie swoje wojska, my w końcu jesteśmy neutralnym państwem" – opisuje sytuację dyktatora białoruski dziennikarz Igor Iliasz.

Większość ekspertów zgadza się, że decyzje podejmowane przez Łukaszenkę coraz bardziej pozbawiają go samodzielności. Nie dość, że po 2020 roku stał się całkowicie zależny od finansowej i politycznej pomocy Kremla, to teraz bez wahania uczestniczy we wszystkich jego wojskowych awanturach. Rosyjska koncentracja na Białorusi jest drugim takim wydarzeniem po interwencji ODKB w Kazachstanie.

Część rosyjskich analityków wskazuje jednak, że sprzęt obecnie zebrany do ćwiczeń (systemy przeciwlotnicze i przeciwrakietowe) ma charakter raczej defensywny.

– Ukraińscy sztabowcy i tak muszą brać pod uwagę obecność tych wojsk, które mogą z północy ruszyć na Kijów i nawet jeśli do tego nie dojdzie, to i tak muszą skoncentrować tam jakieś swoje siły (...) co osłabi (ukraińską armię) jeśli dojdzie do rosyjskiej operacji na wschodzie kraju – tłumaczy logikę Kremla Kiriłł Michajłow z grupy dziennikarzy śledczych Conflict Inteligence Team.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Jednocześnie Moskwa zebrała 100–125 tys. żołnierzy wzdłuż zachodniej granicy Ukrainy oraz około 30 tys. w jednostkach separatystów donieckich i ługańskich. W tych ostatnich jednak miejscowi nie chcą służyć i brakuje im ok. jednej trzeciej żołnierzy. Ponieważ Moskwa przewiozła już na te tereny sprzęt wojskowy (czołgi, wozy pancerne, artylerię etc.), jeśli zapadnie decyzja o ataku na Ukrainę, będzie musiała wysłać tam również swoich, by miał kto go obsługiwać.

Cała armia ukraińska liczy ponad 220 tys. żołnierzy (wspartych Gwardią Narodową oraz oddziałami samoobrony terytorialnej, które jednak dopiero się formują), a to znaczy, że Kreml ma za mało wojska, by pokonać Kijów. Tym bardziej że Ukraińcy są bardzo dobrze wyszkoleni. Jednak Rosja może liczyć na swą miażdżącą przewagę w lotnictwie, wojskach rakietowych i marynarce wojennej – jeśli dojdzie do otwartej wojny, a nie tylko starć w Donbasie.

– Wojska lądowe Ukrainy stały się znacznie lepsze, ale Rosjanie będą panować w powietrzu i na morzu – podsumował były dowódca NATO w Europie, amerykański generał Philip Breedlove.