Od 1989 r. zapadały przełomowe decyzje polityczne, dla których właściwie nie było alternatywy. Przykładem te o przystąpieniu Polski do NATO czy do Unii Europejskiej. Były jednak również takie momenty, kiedy ktoś miał realny wybór. Pojedynczy polityk, partia czy środowisko, parlament czy rząd. I kiedy decyzja odmienna mogłaby pchnąć historię w innym kierunku. Niektóre z tych kroków były bardzo niemądre lub szkodliwe. Inne wręcz przeciwnie.

To wybór niekompletny i subiektywny. Niech każdy czytelnik dokona własnego.

1. Adam Michnik i bracia Kaczyńscy organizują przejęcie władzy przez rząd Tadeusza Mazowieckiego, sierpień–wrzesień 1989

Adam Michnik rzucił w „Gazecie Wyborczej" hasło: „Wasz prezydent, nasz premier". A stojący za plecami Lecha Wałęsy Jarosław i Lech Kaczyńscy, przeciągając na stronę posłów solidarnościowych kluby Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Demokratycznego, uczynili szefem rządu Tadeusza Mazowieckiego.

Każdemu chodziło o coś innego. Michnik marzył o rządzie lewicy solidarnościowej z PZPR – jego wymarzony premier to Bronisław Geremek. Kaczyńscy przesunęli nowy układ w prawo, choć zostawili komunistom armię i bezpiekę. Większość obozu solidarnościowego była przeciwna szybkiemu przejmowaniu władz. Opierał się temu sam Mazowiecki.

To zdarzenie podważa oba skrajne mity Okrągłego Stołu. W Magdalence nie ułożono gotowego scenariusza. PZPR miała rządzić następne cztery lata, nie było zmowy. Zarazem wbrew lukrowanemu mitowi Okrągłego Stołu było coś takiego jak jego duch, zakładający liczenie się z dawnymi komunistami. Politycy podważający ten kierunek, przede wszystkim Kaczyńscy, stali się szybko rzecznikami tzw. przyspieszenia. Mazowiecki z Geremkiem starali się „śpieszyć powoli". Ale od władzy dawnej opozycji nie było już odwrotu.

2. Lewica solidarnościowa wybiera rolę liberałów, 1989–1991

Nie było konkretnego momentu, kiedy to się stało. Jacek Kuroń obwieścił, że najpierw trzeba zbudować kapitalizm, a potem spierać się o podział dochodu narodowego. A Tadeusz Mazowiecki, rzecznik lewicy chrześcijańskiej, oddał reformy gospodarcze liberałowi Leszkowi Balcerowiczowi. Ludzie o wrażliwości Ryszarda Bugaja, chcący prywatyzować wolniej i z większymi osłonami, znaleźli się w obozie solidarnościowym w mniejszości.

W efekcie w roli rzeczników ludzi skrzywdzonych przez transformację najenergiczniej zaczęli występować postkomuniści. Utoruje im to drogę do władzy w roku 1993. A dawni solidarnościowi wrażliwcy staną się rzecznikami transformacji liberalnej i bezalternatywnej. Czasem tylko z wątpliwościami („pakt o przedsiębiorstwie" Kuronia). Niezależnie, czy byli u władzy, czy w opozycji, ich pogląd na kształt gospodarki liczył się najmocniej.

3. Lech Wałęsa staje do powszechnych wyborów prezydenckich i wygrywa je, 1990

Ta decyzja Wałęsy ostatecznie podzieliła obóz solidarnościowy na dwa odłamy: liberalno-lewicowy (Unia Demokratyczna) i prawicę (Porozumienie Centrum, Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, początkowo liberałowie Jana Krzysztofa Bieleckiego i Donalda Tuska). Dawny przewodniczący Solidarności pokonał płacącego koszty transformacji Mazowieckiego. I nie zrealizował swoich obietnic szybkiego odchodzenia od PRL. Podzielił za to swój obóz i popadł w konflikt ze znaczną jego częścią.

Ale może ważniejsza była decyzja kontraktowego parlamentu, aby wybory były powszechne, nie przez parlament. Paradoksalnym inicjatorem tego rozwiązania była walcząca z Wałęsą Unia Demokratyczna. Od tej pory mamy głowę państwa o ograniczonych uprawnieniach, ale z tendencjami do rozpychania się, bo przecież ma mandat od narodu. Konsekwencją było przyznanie prezydentowi ważnego uprawnienia w przyjętej w roku 1997 konstytucji – możliwości wetowania ustaw. Zrazu postkomunistyczny SLD nie chciał dać Wałęsie mocnego prawa weta. Kiedy w 1995 r. wybory wygrał lider postkomunistów Aleksander Kwaśniewski, próg sejmowych głosów pozwalających weto odrzucić podniesiono jednak do trzech piątych. Sam Kwaśniewski niweczył potem niektóre reformy solidarnościowego rządu Jerzego Buzka.

4. Solidarność obala rząd Hanny Suchockiej, a Lech Wałęsa rozwiązuje parlament, torując drogę do władzy postkomunistom, wiosna 1993

To tylko finał procesu erozji rządów solidarnościowych w rozdrobnionym, pierwszym demokratycznym parlamencie. Najpierw w czerwcu 1992 r. premier Jan Olszewski zaprzepaścił swoją szansę, odmawiając koalicji z Unią Demokratyczną. Jego rząd, prawicowych zwolenników przyśpieszenia, upadł nie z powodu lustracji, lecz dlatego, że nie miał większości. Inicjatywę przejęła UD. Ale ośmiopartyjny rząd posłanki tej partii Hanny Suchockiej popadł w konflikt z Solidarnością – o płace dla budżetówki. I to posłowie „S" ten rząd obalili przewagą jednego głosu.

Można było szukać innego układu, ale Lech Wałęsa parlament rozwiązał. Podobno dlatego, że chciał przerwać prace nad ustawą lustracyjną, która mogła prowadzić do ujawnienia jego agenturalnej przeszłości. Możliwe, że w tym Sejmie żadna trwała większość nie była już możliwa. Ale też Wałęsa zrobił wiele, aby podkopać pozycję rządu Suchockiej poprzez swoich ludzi działających w różnych partiach.

Na jesienne zwycięstwo SLD i PSL można patrzeć różnie. Może Polakom należała się „pieriedyszka", odpoczynek od reform, a postkomuniści, o których Jarosław Kaczyński mówił, że są tyleż profitentami transformacji, co jej krytykami, powinni się sprawdzić w rządzeniu państwem demokratycznym. Z drugiej strony było to symboliczne pogrzebanie rozliczenia PRL. Poza tym, gdyby pierwszy demokratyczny Sejm przetrwał, obóz solidarnościowy mógł jesienią 1993 r. wzmocnić swoją pozycję. Zaczęły rosnąć dochody z VAT. Koalicja SLD–PSL miała ledwie 35 proc. poparcia. Rządziła w następstwie ordynacji wyborczej z 5-proc. progiem. Do Sejmu nie weszła większość partii solidarnościowych.

5. AWS i Unia Wolności biorą się za cztery reformy, 1997–2001

Powrót do władzy solidarnościowej koalicji Akcji Wyborczej Solidarność, stworzonej przez lidera związku Mariana Krzaklewskiego, oraz Unii Wolności nastąpił po jednej kadencji rządów SLD–PSL. Wróciła charakterystyczna pasja reformatorska ludzi dawnej antypeerelowskiej opozycji. Rząd Jerzego Buzka przeprowadził cztery reformy: samorządową, zdrowotną, szkolną i emerytalną. Do dziś w nietkniętym kształcie przetrwała jedna: samorządowa. A wówczas wszystkie wzbudziły wiele niesnasek. Na przykład miasta tracące status województw nie mogły tego wybaczyć partiom solidarnościowym. To niejedyny powód wyczerpania się koalicji Krzaklewskiego, Buzka i Balcerowicza. Doszły waśnie w łonie koalicji i poczucie, że w budowaniu kapitalizmu politycznego ludzie dawnej Solidarności nie są lepsi od dawnych komunistycznych sekretarzy. Ale wątek zmęczenia reformami powrócił. W teorii solidarnościowi związkowcy mieli być ludźmi społecznej wrażliwości. W praktyce żyrowali w największym stopniu politykę wpuszczania do Polski obecnego kapitału, sprzedając mu nawet banki. W 2001 r. AWS i UW nie wejdą do parlamentu.

6. Jerzy Buzek wprowadza do rządu Lecha Kaczyńskiego, a Bronisław Geremek wycina ludzi Donalda Tuska, 2000–2001

Po wyjściu Unii Wolności z koalicji Jerzy Buzek zaprosił do rządu Lecha Kaczyńskiego – jako ministra sprawiedliwości. Dawny prezes NIK szybko odnalazł się w roli szeryfa tłumaczącego Polakom, jak ważne jest twarde i skutecznie egzekwowane prawo karne. Kiedy latem 2001 r. został z tegoż rządu usunięty, miał już za sobą popularność i nową partię: Prawo i Sprawiedliwość, stworzoną przez jego brata Jarosława. Stała się ona po prawej stronie groźną konkurencją dla AWS. Czy byłaby nią, gdyby nie lekkomyślność Buzka? Kaczyńscy przecież dopiero co liczyli się z trwałym wyjściem z polityki.

Równocześnie w osieroconej przez Balcerowicza Unii Wolności rozegrał się bój o władzę. Bronisław Geremek nie tylko pokonał młodszego Donalda Tuska w wyścigu do fotela przewodniczącego, ale nakazał wycięcie jego ludzi, liberałów z dawnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego, w wyborach do władz. Tusk stworzył wówczas nowe ugrupowanie – Platformę Obywatelską, początkowo wraz z Andrzejem Olechowskim i Maciejem Płażyńskim. PiS i PO okazały się dla AWS i UW drapieżnymi młodszymi braćmi mordującymi starszych. Czy w innym przypadku starsi bracia by przetrwali? Kto wie. Ale może ich schyłek trwałby dłużej? Wyglądał inaczej?

7. Leszek Miller przyjmuje rolę totalnej opozycji i zmienia SLD w partię wodzowską, lata 1997–2001

Dziś to starszy pan opowiadający dowcipy, kiedyś był sekretarzem Komitetu Centralnego PZPR, obciążonym aferą z moskiewskimi pieniędzmi dla postkomunistów. Tak naprawdę to Miller jest twórcą obecnego systemu partyjnego. W czasach rządów AWS–UW był dla rządzących opozycją totalną. Opowieści o bezdomnych mrących na śmietnikach okazała się skuteczną bronią, zwłaszcza gdy kolportowała je TVP pozostająca pod kontrolą SLD (prezes Robert Kwiatkowski).

Równocześnie Miller skupił w swoim ręku pełnię władzy nad partią, Kaczyński i Tusk będą potem jego naśladowcami. SLD był początkowo federacją, a po części i klubem dyskusyjnym. Przywództwo Kwaśniewskiego było miękkie, szanujące odrębność innych liderów. Miller zmienił Sojusz w jednolity organizm partyjny. Zmarginalizował takich ludzi jak Józef Oleksy, Włodzimierz Cimoszewicz czy Izabella Sierakowska. W ten sposób wyhodował potwora, który wygrawszy wybory w roku 2001, gotów był do zawłaszczania państwa.

8. Parlament wprowadza zasadę finansowania partii politycznych z budżetu, 1997, 2001

Najpierw w czerwcu 1997 r. wprowadzono jedynie zwrot kosztów kampanii wyborczych. W maju 2001 r. przyznano subwencje wszystkim partiom mającym ponad 3 proc. głosów w Sejmie. Orędownicy tej reformy z różnych ugrupowań, choćby Ludwik Dorn z PC, głosili, że to recepta na uwolnienie polskiej polityki od biedy i korupcyjnych pokus. Oponenci, zwłaszcza z PO, narzekali na obciążanie obywateli kosztami partyjnych aparatów. Formacja Donalda Tuska początkowo nie brała subwencji. Ale nie skasowała jej podczas swoich ośmioletnich rządów w latach 2007–2015.

Z pewnością zależność polityków od korupcyjnych pieniędzy się zmniejszyła. Zarazem wzrosła dominacja partyjnych bossów, skoro trudniej jest założyć coś nowego, bez budżetowych pieniędzy. Wadą polskiego systemu jest to, że te pieniądze nie idą na prace programowe, think tanki jak w Niemczech, lecz na promocję i propagandę.

9. Leszek Miller zgadza się na powołanie komisji śledczej badającej aferę Rywina, styczeń 2003

Do dziś nie wyjaśniono wszystkich wątków tej afery, ale linki korupcyjnej oferty producenta Lwa Rywina wobec Adama Michnika prowadziły do ludzi z otoczenia premiera Millera. Może chodziło tylko o poprawienie ustawy, tak żeby Agora mogła kupić Polsat, a może o zyskanie środków na zbudowanie SLD-owskiego imperium medialnego, tak aby wreszcie nie być uzależnionym od sojuszu z dawnymi solidarnościowymi liberałami. Michnik i jego firma występowali w roli pokrzywdzonych, choć – jak dowiódł Jan Rokita – wdali się z postkomunistami w targi odnośnie do kształtu ustawy medialnej.

Miller zgodził się na żądania opozycji, aby aferę zbadała specjalna komisja śledcza. Może sprawę zbagatelizował, a może czuł, że SLD nie wypada tak otwarcie sprzeciwiać się transparentności. Prace komisji przy kamerach stały się wielkim spektaklem; choć polska polityka była po roku 1989 swoistym cyklem koniunkturalnym, chyba po raz pierwszy obracała się aż tak bardzo wokół tematu oczyszczenia. Oskarżano ugrupowanie rządzące o manipulowanie rynkiem medialnym, o nieprzejrzysty tryb prac legislacyjnych. Skończyło się żądaniami autorytetów typu Pawła Śpiewaka, aby powstała IV RP. Wysypywać się zaczęły kolejne afery, doszło do rozłamu w SLD, Miller stracił władzę. Warto jednak zauważyć, że w kolejnym pisowskim Sejmie powoływano już tylko komisje śledcze badające „nieprawości opozycji". Platforma po roku 2007 postępowała podobnie, z wyjątkiem badania afery hazardowej, gdzie wyniki dochodzenia zostały nagięte do tezy, że nic się nie stało. Tak oto Miller nie tylko pogrążył swoją formację, ale okazał się „ostatnim sprawiedliwym". Dziś komisji śledczych nikt już nie powołuje. Okazały się przebojem kilku sezonów.

10. Donald Tusk i Jarosław Kaczyński wspólnie niweczą ideę rządu PO–PiS, jesień 2005

Pomysł stworzenia takiej koalicji krążył od dawna. W 2002 r. obie partie wystawiły wspólne listy w wyborach samorządowych. W komisjach śledczych badających afery SLD posłowie PO i PiS współdziałali. Nowa ekipa miała być ekipą naprawy państwa. Przy czym PiS miał się w większym stopniu zajmować tematem sprawiedliwości i walki z korupcją, a PO – gospodarką.

Kto zdecydował, że wspólny rząd nie powstał? Formalnie to PiS odmówił Janowi Rokicie, niedoszłemu „premierowi z Krakowa", funkcji szefa MSWiA, a potem sprzeciwił się wyborowi Bronisława Komorowskiego na fotel marszałka Sejmu. Ale zdaniem Kazimierza Marcinkiewicza, typowanego wtedy na premiera, to metodą Donalda Tuska było stawianie warunków zaporowych. Marcinkiewicz opowiadał to już po swoim rozstaniu się z Kaczyńskim. Tusk był poraniony po przegranych (w starciu z Lechem Kaczyńskim) wyborach prezydenckich. Z kolei Kaczyński zwątpił w sens tej koalicji, uważając, że PiS łatwiej zrealizuje swój program głosami partii populistycznych: Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony.

Patrząc na to po latach, ten rozwód był logiczny. W czasie kampanii polaryzację na Polskę postkomunistyczną i solidarnościową zastąpiło starcie między Polską liberalną i socjalną. Czy sklejenie potem tych obozów nie byłoby oszukiwaniem wyborców? Podwójna kampania wydobyła zasadnicze różnice w kuracjach uzdrawiających obu partii. Platforma stawiała na osłabianie i odpartyjnianie państwa. PiS na scentralizowany system, w którym partia jest narzędziem zmiany. Szkoda tylko, że to rozstanie, w atmosferze wzajemnych pretensji i oskarżeń, pozbawiło złudzeń pokaźny zastęp ludzi dobrej woli, którzy naprawdę chcieli budować inną Polskę niż ta, którą symbolizowała afera Rywina.

11. Jarosław Kaczyński odrzuca pomysł szybkich wyborów, które dałyby PiS samodzielną większość, wiosna 2006

Rząd mniejszościowy Kazimierza Marcinkiewicza miał narastające kłopoty w Sejmie. Jarosław Kaczyński odpowiedział serią wystąpień przeciw PO, która nagle z partnera w uzdrawianiu Polski zmieniła się w sworzeń złodziejskiego układu. Ale miał wybór. Albo doprowadzenie do nowych wyborów, do czego okazję stwarzało przekroczenie przez parlament terminów budżetowych, albo próba domykania rządowej koalicji z populistami spod znaku Romana Giertycha i Andrzeja Leppera.

Ideę szybkich wyborów odrzucił w formalnym głosowaniu Komitet Polityczny PiS. Ale zdecydowało stanowisko Jarosława Kaczyńskiego i jego brata prezydenta. Po latach ten pierwszy uznał to za błąd. Podobno przesądziła obawa, że nowa kampania uczyni twarzą partii premiera Marcinkiewicza, bardzo ruchliwego w budowaniu sobie osobnego poparcia. Powstał rząd PiS–LPR–Samoobrona, a po kilku miesiącach Marcinkiewicza zastąpił sam prezes PiS. Ten rząd, tak bardzo nachylony ku radykałom, miał paradoksalne sukcesy w obniżeniu podatków i stabilizacji finansów publicznych. Zgubiła go jednak seria afer, gdzie Samoobrona zmieniła się z koalicjanta w przedmiot rozmaitych śledztw.

12. Donald Tusk decyduje się być premierem ciepłej wody w kranie, 2007–2014

To nie była jedna decyzja, raczej przyjęcie pewnego modelu postępowania. Decydując, wspólnie z Kaczyńskim, że sytuację parlamentarnego pata rozstrzygną wybory jesienią 2007 r. , lider PO wykazał się intuicją. Okazał się też głównym atutem kampanii, w której antykorupcyjne zapowiedzi PiS, dotyczące także partii Tuska (sprawa zatrzymanej przez CBA posłanki Beaty Sawickiej), przedstawiał jako awanturnictwo. Sprzyjał mu też nowy układ sił parlamentarnych. Wiele razy grzebane PSL okazało się koalicjantem mało kłopotliwym.

Nie zmienia to faktu, że przez ponad siedem lat agenda rządu Tuska była mało ambitna. Początkowo tłumaczono to światowym kryzysem ekonomicznym, ale tak naprawdę Tusk przekonywał, że nadmiar celów i programu szkodzi dobremu rządowi. Polacy mieli chcieć grillować. Formułki „partia ciepłej wody" dostarczył publicysta Robert Krasowski, ale ekipa PO–PSL unikała spełniania takich obietnic, jak choćby zreformowanie służby zdrowia. Wyjątkiem było częściowe rozmontowanie systemu emerytalnego zbudowanego za AWS oraz podniesienie w 2012 r., bez poruszania tematu w kampanii, wieku przechodzenia Polaków na emeryturę.

Logicznym finałem systemu inercji było porzucenie jesienią 2014 r. partii i Polski przez Tuska dla prestiżowego stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej. Do dziś trwa spór, czy Tusk chciał uniknąć przewidywanego udziału w porażce (było już po aferze ośmiorniczkowej), czy też, przeciwnie, swoją ucieczką o tej porażce przesądził. O posadę w Europie zabiegał od kilku lat. W każdym razie namaszczenie na swoje miejsce niebudzącej respektu Ewy Kopacz było rodzajem samospełniającej się przepowiedni.

13. Jarosław Kaczyński łagodzi kanty dwóch kampanii, wysuwa Andrzeja Dudę i Beatę Szydło, 2014–2015

Można sobie wyobrazić zupełnie inne dwie kampanie PiS, prezydencką i parlamentarną, w 2015 r. Jarosław Kaczyński wygasił jednak ostatecznie temat oskarżeń smoleńskich (który wbrew twierdzeniom jego przeciwników był bardziej obciążeniem niż paliwem). Odwoływał się do opinii ekspertów i do ducha obywatelskości. I najpierw zasłonił się młodym, niezgranym kandydatem na prezydenta Andrzejem Dudą, a potem szefową jego kampanii Beatę Szydło desygnował na premiera. Efektem były dwa zwycięstwa. Zwłaszcza to prezydenckie, całkiem nieoczekiwane.

Polityka rządów PiS przez następne cztery i pół roku oscylowała między populistycznymi kampaniami politycznymi a pewnymi osiągnięciami w polityce społeczno-gospodarczej, zwłaszcza w wyrównywaniu różnic społecznych. Kaczyński stawał przed wieloma dylematami, tasował swoje ekipy, równocześnie umacniał swoją władzę, stając się w Polsce faktycznym jedynym liderem państwa. Teraz stoi przed może najważniejszym w swojej karierze kolejnym pytaniem. Czy robić na siłę wybory prezydenckie w apogeum pandemii? Czy w imię domniemanego zwycięstwa naginać prawo i zatruwać atmosferę polityczną do niewyobrażalnych granic?