Zacznijmy jednak od początku. Troje lekarzy postawiono przed sądem za eutanazję przeprowadzoną 27 kwietnia 2010 roku. Wykonali ją na 38-letniej kobiecie, która miała skomplikowane życie, dokonała aborcji, parała się prostytucją, miała za sobą próby samobójcze. Jej siostry, które – generalnie nie są przeciwniczkami eutanazji – uznały, że lekarze, diagnozując ją jako zdatną do eutanazji, popełnili poważny błąd. Ich siostra nie była bowiem nieuleczalnie chora – co jest prawnym warunkiem przeprowadzenia takiego „zabiegu" – a jedynie cierpiała z powodu zerwanej niedawno relacji; dodatkowo miała zdiagnozowany autyzm. Oskarżyciele przekonywali, że lekarze są zobowiązani do przestrzegania prawa i że jeśli wszystkie warunki eutanazji nie są spełnione, to nie wolno jej wykonać. W tym przypadku zaś nie były one spełnione, bo pacjentka nie była poważnie chora.




Obrona lekarzy zapewniała, że to bzdura, bo medycy kierowali się miłosierdziem, wolą pacjentki i zwyczajnie popełnili błąd w pracy papierkowej. – To bzdurny argument – odpowiadali oskarżyciele – bo oznacza to, że stawiają oni wolę pacjenta ponad prawem i przysięgą lekarską.

Niepokojące było również używanie argumentów religijnych, a do tego także posunęli się obrońcy lekarzy, którzy zaatakowali prawnego przedstawiciela rodziny, który został oskarżony nie tylko o bliskie relacje z Kościołem (czytaj o to, że jest praktykującym katolikiem), ale także o to, że był „katolickim kretem" w komisji eutanazyjnej (bo pracował on w niej także). Walter Van Steenbrugge, obrońca jednego z lekarzy, ostro atakował Kościół katolicki, domagając się, by zatrzymać jego skandaliczne postulaty dotyczące prawnej kontroli eutanazji. Przekonywał, że stawką owego procesu jest przyszłość nie tylko Belgii, ale całej Europy, bo gdyby oskarżonych skazano, to wielu lekarzy mogłoby nie chcieć przeprowadzać eutanazji.

Wyrok uniewinniający, przywitany oklaskami i okrzykami radości przez publiczność, ma jednak inne, zdecydowanie bardziej niebezpieczne skutki. Oznacza ni mniej, ni więcej, że wola jednostki, a nie nawet prawo stanowione, staje się najwyższą normą postępowania jednostki. Jeśli zatem do medyka przyjdzie człowiek całkowicie zdrowy, ale smutny po zerwaniu z partnerem, to można go zabić. I nie ma znaczenia, że smutek ów może po kilku miesiącach minąć. Trudno nie dostrzec, że w ten sam sposób można potraktować w miarę zdrową, ale starszą osobę, której rodzina już nie chce i którą wysyła do lekarza, by ta poddała się eutanazji.

Zapisy prawne stają się w takiej sytuacji pozorne, a jakiekolwiek ograniczenia eutanazji tracą znaczenie gwarancji. Prawo do własnej śmierci staje się prawem najwyższym, a lekarzy pozbawia się wszelkiej kontroli. Można oczywiście opowiadać, że to prawdziwa wolność, ale to zwyczajna bzdura.