Reklama

Ania z postępowego wzgórza

Wierność literackiemu pierwowzorowi zanika z odcinka na odcinek, a drugi sezon jest już swobodną wariacją na temat krnąbrnej, rudowłosej sieroty z Avonlea. Ale skoro „Ania z Zielonego Wzgórza" doczekała się już tylu ekranizacji (łącznie z japońskim anime!), to oczywiste było, że w czasach serialowej rewolucji można się spodziewać czegoś... rewolucyjnego.
Ania z postępowego wzgórza

Foto: EAST NEWS

Reklama

Twórczyni serialu Moira Walley-Becket twierdzi, że po prostu oddała głos Ani, przedstawiając jej losy tak, jak ona sama chciałaby opowiedzieć swoją historię w dzisiejszych czasach. Podkreśla, że tematy tożsamości, uprzedzenia, znęcania się, bycia outsiderem, poszukiwania akceptacji i przynależności są dziś aktualne jak nigdy wcześniej, dlatego postanowiła historię literackiej Ani, którą określa „przypadkową feministką", opowiedzieć dzisiejszemu widzowi w nowoczesny sposób.

W drugim sezonie „Ani, nie Anny„, który miał premierę w lipcu, Walley-Becket wprowadza zupełnie nowych bohaterów, nieznanych z książek Lucy M. Montgomery. Na tradycjonalistycznej Wyspie Księcia Edwarda odkrywamy czarne getto – Bagno, a czarnoskóry Bash, Trynidadczyk, którego Gilbert sprowadza do Avonlea ze swoich morskich wojaży, musi się zmierzyć nie tylko z nietolerancją białych, uprzywilejowanych Kanadyjczyków, ale też jako wolny człowiek, również w sensie ekonomicznym (nawet tak skomplikowane kwestie się pojawiły), stawia czoła niechęci ze strony zepchniętych na społeczny margines mieszkańców Bagna.

Czytaj dalej już od 9,90 zł (zamiast 39 zł)

Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji:

  • codzienne wiadomości, wartościowe komentarze i opinie na serwisie
  • pogłębione reportaże i publicystyka w Plusie Minusie
Reklama
Reklama
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama