Wydawało się, że w XXI wieku nie będziemy już oglądać tak drastycznych obrazów, jak te z Brukseli przed finałem Ligi Mistrzów w 1985 roku (Juventus – Liverpool) czy z Hillsborough w Sheffield cztery lata później w trakcie półfinału Pucharu Anglii (Liverpool – Nottingham Forest).

W Europie wyciągnięto wnioski i zrobiono wiele, by nie doszło do powtórki.

Poprawiono infrastrukturę stadionową, wprowadzono surowe przepisy i kary, które miały odstraszyć bandytów. Zamieszki przeniosły się głównie poza stadiony. Ale już tegoroczny finał Champions League w Paryżu był ostrzeżeniem, że nawet najlepsze środki bezpieczeństwa nie wystarczą, jeśli zawiodą ludzie.

Na Stade de France panował organizacyjny chaos, jaki przy tak dużych imprezach nie zwykł się zdarzać. Chuligani sforsowali bramy, dostali się na trybuny bez biletów, zajęli miejsca tych, którzy zapłacili za wejściówki ogromne pieniądze. Brakowało ochrony, a policja musiała użyć gazu łzawiącego. Mecz trzeba było opóźnić o ponad pół godziny.

Europejska federacja piłkarska (UEFA) winnych znalazła w kibicach Liverpoolu, którzy – w przeciwieństwie do sympatyków Realu Madryt – za późno wybrali się na stadion i doprowadzili do zatoru przed wejściowymi bramkami.

Na szczęście nie doszło do tragedii – skończyło się na strachu, choć dla wielu osób piłkarskie święto zamieniło się w trudną do wyparcia traumę.

Gaz i panika

Mówimy o Europie, stolicy dużego kraju, doświadczonej w organizacji takich wydarzeń. To, co zobaczyliśmy w Paryżu, było tym bardziej szokujące, że taki bałagan organizacyjny oglądaliśmy ostatnio głównie w Afryce i w Azji, gdzie do kwestii bezpieczeństwa podchodzi się często z dystansem, wręcz przymrużeniem oka.

Na Heysel zginęło 39 osób, na Hillsborough – 96, podczas sobotnich zamieszek w Indonezji – dużo ponad 100.

Czytaj więcej

Indonezja: Tragedia na stadionie piłkarskim. 125 osób nie żyje

Początkowo informowano o 174 zabitych, później jednak zweryfikowano te dane i okazało się, że ofiar jest 125, ale ta liczba może jeszcze wzrosnąć, bo stan wielu z ponad 320 rannych jest ciężki.

Nie zmieni to faktu, że jesteśmy świadkami jednej z największych stadionowych katastrof w historii futbolu. Jak zauważa agencja Reutera, największej od pół wieku, gdy podczas burd w Peru zginęło 328 osób.

Wszystko wydarzyło się w Malang po meczu pierwszej ligi między miejscowym Arema FC i Persebaya FC. Wściekli z powodu porażki 2:3 kibice gospodarzy wtargnęli na murawę, policja użyła gazu łzawiącego, wybuchła panika.

Ludzie rzucili się do bram wyjściowych, jedni zostali zadeptani, inni się podusili. Jeszcze na stadionie śmierć miały ponieść 34 osoby, w tym dwóch funkcjonariuszy, pozostali zmarli w szpitalach. Najmłodsza ofiara miała pięć lat.

Przepełnione trybuny

Podobno organizatorzy zignorowali zalecenie rządu, by mecz odbył się po południu, a nie wieczorem. Wpuszczono także więcej widzów, niż mogą pomieścić trybuny.

Biletów sprzedano cztery tysiące ponad określony limit. Sprawdzane jest, czy policja nie przekroczyła swoich uprawnień.

Prezydent Joko Widodo zażądał zawieszenia rozgrywek ligowych do czasu zakończenia śledztwa.

– Poprosiłem ministra sportu, szefa policji i prezesa piłkarskiego związku o dokładną ocenę procedur bezpieczeństwa obowiązujących podczas meczów. Mam nadzieję, że to ostatnia taka tragedia w naszym kraju – przyznał Widodo.

Szef światowej federacji (FIFA) Gianni Infantino mówi o „mrocznym dniu w historii futbolu”, FIFA zażądała raportu, w sprawę zaangażowała się również Amnesty International.

„Użycie nadmiernej siły przez państwo w celu powstrzymania lub kontrolowania takich tłumów nie może być usprawiedliwione” – czytamy w oświadczeniu.

Działać trzeba szybko, bo na przełomie maja i czerwca 2023 roku Indonezja ma być gospodarzem mundialu do lat 20. Jest też jednym z kandydatów do organizacji przyszłorocznych mistrzostw Azji po tym, jak z goszczenia turnieju zrezygnowali Chińczycy.