Anglicy poskarżyli się Międzynarodowej Federacji Piłkarskiej (FIFA) na rzekomo rasistowskie zachowanie Kamila Glika wobec Kyle’a Walkera podczas niedawnego meczu w Warszawie.

Nie wiem, co powiedział lub pokazał Glik Walkerowi, ale złapał go za gardło na pewno nie z powodu czarnego koloru jego skóry. Kiedy piłkarze na boisku biorą się za łby, to nie patrzą, jak kto wygląda, tylko każdy stara się wykazać swoją wyższość i rację.

Czytaj więcej

Robert Lewandowski w reprezentacji błyszczy tej jesieni tak samo jak w Bayernie Monachium
Po najlepszym meczu kadry Sousy Polacy mają karty w rękach

Czasami przy okazji powiedzą coś, co zwykle nie nadaje się do powtórzenia ze względów obyczajowych, po czym podadzą sobie ręce lub nie i grają dalej. A kiedy już emocje opadną, zwykle żałują czynów i słów. Tak w tym sporcie jest. Oczywiście jeśli ktoś jest chamem, brutalem, rasistą czy homofobem to należy to piętnować i karać. Kartkami i dyskwalifikacjami. Jednak takich udowodnionych przypadków na szczęście nie ma dużo.

Glik zmężniał

W roku 2013, po porażce Polski z Anglią 0:2, do polskiej szatni na Wembley wszedł wściekły prezes Zbigniew Boniek i powiedział, co myśli o grze. Najbardziej dostało się Glikowi. Sens uwagi Bońka sprowadzał się do miejsca urodzenia Glika. – To taki z ciebie Ślązak? Ślązacy nie dają sobie w kaszę dmuchać. Znam z boiska walecznych i honornych Ślązaków – powiedział. Czy jakoś tak. Glik nie położył uszu po sobie, coś odpysknął, ale jak widać, wyciągnął wnioski.

Jak dobrze wiadomo, mecz nie zaczyna się z pierwszym gwizdkiem sędziego, tylko znacznie wcześniej, od gry psychologicznej. Kiedy w roku 1973 Polacy i Anglicy wychodzili z szatni na boisko Stadionu Śląskiego, nasi najchętniej przemykaliby bokiem, gdyby w słynnym wąskim tunelu było to możliwe. Anglicy – wprost przeciwnie. Pokrzykiwali i dodawali sobie animuszu, waląc pięściami w końcówkę tunelu z pleksi.

Czytaj więcej

Paulo Sousa, trener reprezentacji
Paulo Sousa: Zasłużyliśmy na punkt, wynik jest sprawiedliwy

A kiedy już weszli na boisko, oślepiły ich smugi świateł jupiterów, przebijające się przez dymy i smog, zamajaczyły im przed oczami ciemne trybuny wypełnione szarą masą 100 tysięcy ludzi, powiewających biało-czerwonymi flagami. Zwątpili pierwszy raz.

Ci kibice jechali do Chorzowa autokarami zakładowymi z całej Polski, przez wiele godzin, umilając sobie czas konsumpcją alkoholu w ilościach, jaką tylko Polak i Anglik potrafi spożyć, i jeszcze potem dojść na swoje miejsce. I kiedy ten pijany chór w patriotycznym odruchu śpiewał hymn narodowy, widać było, jak Anglicy maleją.

Polacy strzelili pierwszą bramkę po siedmiu minutach, drugą tuż po przerwie i Anglicy nie bardzo wiedzieli, co się stało. Denerwowali się do tego stopnia, że mistrz świata Alan Ball nie oparł się prowokacjom Lesława Ćmikiewicza i rewanżując się za jego faul na Martinie Petersie złapał Polaka za gardło. Sędzia z Austrii pokazał Ballowi czerwoną kartkę. Drugi raz w historii reprezentant Anglii wyleciał z boiska, a rękę do tego przyłożył Polak, którego nikt by o niecne czyny nie podejrzewał. Między cherubinowatym Ćmikiewiczem a takim macho jak Grzegorz Krychowiak jest ogromna różnica.

Czytaj więcej

Upór, wiara i ambicja

Włodzimierz Lubański przystępował do gry z niewyleczoną kontuzją. Anglicy o tym wiedzieli. Niby wiadomo, że są dżentelmenami, ale zdarza im się o tym zapomnieć. Kiedy więc Lubański padł na ziemię i już o własnych siłach nie wstał, najpierw stadion, a potem dziennikarze winą obarczyli Roya McFarlanda.

Jedynym pechem Anglika było to, że znalazł się najbliżej sytuacji i był jej świadkiem, a nie sprawcą.

Nauka nie poszła w las

Nie przypominam sobie, żeby podczas hymnu angielskiego publiczność w Chorzowie gwizdała. Natomiast w rewanżu na Wembley kibice angielscy nie tylko wygwizdali Mazurek Dąbrowskiego, ale przy okazji skandowali pod adresem gości z Polski słowo „Animals!”. Polscy piłkarze znaleźli się na Wembley pierwszy raz, bo dzień wcześniej gospodarze zabronili im tam trenować.

Kiedy Roy Mc Farland złapał za koszulkę wychodzącego na czystą pozycję Grzegorza Latę, angielska telewizja nie pokazała tej sytuacji, mimo że powtórki były już powszechne.

Minęło 20 lat, polscy piłkarze grali już za granicą, znali języki obce i kiedy w tym samym tunelu na Stadionie Śląskim, stojąc obok Anglików usłyszeli, że Paul Gascoigne rzuca pod adresem Polski i Polaków nieprzychylne opinie, zwrócili mu uwagę, żeby się kulturalnie zachowywał.

Czytaj więcej

Mecz Polska - Anglia: remis, który daje nadzieję

Ale on nie zaprzestał. Wtedy do akcji wkroczyli Roman Kosecki z podwarszawskiego robotniczego Mirkowa i Piotr Świerczewski z Nowego Sącza. Dialog zastąpiła bójka, charakterystyczna dla zabawy w remizie. Obydwie drużyny znały maksymę muszkieterów, więc na boisko, z małym opóźnieniem, wychodziło już kilku rannych. Mecz zakończył się remisem.

Kilka lat później, na tym samym stadionie Świerczewski przez pół meczu bił się z pomocnikiem Chelsea Graeme Le Saux. Piłka ich nie interesowała. To, że żadnego z nich nie zabrała karetka, to cud. A po meczu wymienili się koszulkami i podali sobie ręce.

Le Saux był kulturalnym człowiekiem. Kochał piłkę, ale nie chciał mieć nic wspólnego z alkoholowymi imprezami kolegów. Czytał książki, zbierał antyki, więc przyklejono mu łatkę geja i często prowokowano. Nie sądzę, żeby dla Świerczewskiego miało to znaczenie. Dla niego Le Saux był tylko przeciwnikiem na boisku, którego trzeba wyeliminować za wszelką cenę.

Wszyscy gwizdali

Nie wszystkim podobały się słowa Roberta Lewandowskiego, deklarującego, że nie miałby nic przeciwko włożeniu opaski kapitańskiej w barwach tęczy. Kilka dni później pogrążył się on jeszcze bardziej w oczach wielu „prawdziwych Polaków”. Z dezaprobatą odniósł się bowiem do gwizdów części publiczności na Stadionie Narodowym w reakcji na uklękniecie Anglików w geście protestu przeciw rasizmowi.

Czytaj więcej

Nie graj u wroga

Czy to znaczy, że Polacy są rasistami? Niekoniecznie. Kilkunastoletni syn znajomych był na meczu i też gwizdał. – A dlaczego gwizdałeś – spytałem. – Bo wszyscy gwizdali. – Wiesz, co oznacza ten gest Anglików? – Nie wiem. Ale to Anglicy. Trzeba gwizdać.

Zasada fair play – czystej i sprawiedliwej gry – znana jest od czasów starożytnych igrzysk olimpijskich i już wtedy ją łamano, żeby osiągnąć zwycięstwo. Angielska wersja nazwy pochodzi z XIX wieku, kiedy na Wyspach Brytyjskich kształtował się współczesny sport. Brytyjscy dżentelmeni kierowali się kodeksem swoich rycerskich przodków.

Psychol i proktolog

Ale nie każdy rycerz był Lancelotem czy Rolandem. Z czasem przewagę zaczęły zdobywać czarne charaktery. Dziś już nie można się zorientować, których jest więcej, i w sporcie widać to bardzo dobrze. Pod względem miejsca w historii sportu Polska jest w porównaniu z Anglią prowincją. Dlatego więcej Anglików zyskało sportową sławę niż Polaków. Jednak żaden Polak nie przeszedł do historii z powodu swojej brutalności, a Anglicy owszem.

Jedna z najbardziej szokujących scen, jaką widziałem na własne oczy, rozegrała się w pierwszej sekundzie meczu Anglia – Francja w Malmö, podczas mistrzostw Europy w roku 1992. Przy linii bocznej, po jednej stronie linii środkowej stał prawoskrzydłowy Francji Jean-Pierre Papin, a po drugiej lewy obrońca Anglii Stuart Pearce.

Kiedy sędzia gwizdnął na rozpoczęcie gry i wszyscy patrzyli na piłkę, Pierce z całej siły uderzył Papina łokciem w twarz. Francuz, który był laureatem Złotej Piłki, czyli najlepszym piłkarzem Europy, po takim powitaniu i z podbitym okiem stracił ochotę do gry. Tym bardziej że Pearce za nim chodził, dając do zrozumienia, że może dostać w drugie oko. Z powodu takich zachowań Anglik nosił przydomek „Psycho” i trudno się dziwić, że się go bano.

Ale kiedy zakończył karierę, zapomniano o tych przewinach. Nominowano go m.in. na menedżera Manchesteru City, młodzieżowej reprezentacji Anglii, a nawet na trenera reprezentacji Wielkiej Brytanii podczas igrzysk olimpijskich w Londynie.

Innego rodzaju sławę zyskał Vinnie Jones. Był angielsko-walijskim piłkarzem m.in. klubu Wimbledon, nazywanego w latach 80. XX wieku „szalonym gangiem”. Zebrało się w nim w jednym czasie kilku zawodników, obok których strach było przejść. Nie dość, że na boisku bili, pluli i kopali, to dla zabawy podpalali sobie nawzajem samochody.

Jones miał dwa popisowe numery. Lubił łapać za przyrodzenie zawodnika, który stał za nim (doświadczył tego m.in. Gascoigne) oraz przy rzucie rożnym lub wolnym wsadzać rywalom palec w odbyt. Nazywano go więc, w zależności od sytuacji, urologiem lub proktologiem. Czasami łączył te dwie specjalizacje.

Dla większości graczy to nie było przyjemne, robili więc wszystko, żeby być jak najdalej od takich, jak Jones i jego kompania. Oni to wykorzystali i w roku 1988 Wimbledon złożony z przeciętnych graczy, ale bezwzględnych łamignatów wywalczył na Wembley Puchar Anglii. Liverpool z kilkoma reprezentantami Anglii, Szkocji i Irlandii nie dał mu rady.

Być jak Lineker

Vinnie Jones był tak wyrazisty i charakterystyczny, że po zakończeniu kariery piłkarskiej zaczął robić filmową, chyba nawet z jeszcze lepszym skutkiem. Zagrał kilka ról w popularnych filmach znanych reżyserów, oczywiście nie były to role ministrantów. A kiedy w Anglii przeprowadzano kampanię społeczną, dotyczącą pierwszej pomocy, Vinnie Jones został jej twarzą. Widocznie uznano, że jak ktoś potrafi drugiemu przyłożyć, to powinien umieć też mu pomóc.

W Polsce nie ma odpowiednika Pearce’a i Jonesa. Sława kilku brutali i prymitywów nie wykracza poza nasze granice. Natomiast kulturalny Robert Lewandowski jest na pewno odpowiednikiem jednego z największych dżentelmenów w dziejach futbolu, który imponował nie tylko wyjątkowymi umiejętnościami piłkarskimi, ale i zachowaniem fair. Nigdy w swojej karierze nie został ukarany żółtą kartką.

To Gary Lineker, którego szanowano na całym świecie, mimo że strzelanymi bramkami przekreślał marzenia przeciwników reprezentacji Anglii. Polaków też.

Szanuję to, że Anglicy klękają, ale nie ma powodu, by udzielali innym lekcji fair play. Historia zupełnie tego nie uzasadnia, bo nie tylko Lineker zapadł nam w pamięć.