Reklama

Jakub Sewerynik: O milczeniu prawa i sile mocarstw

Specjaliści od prawa międzynarodowego przypominają dziś poniekąd proroków, którzy napominali rządzących. Owoce takiego nawoływania nie pojawiają się od razu.

Publikacja: 01.02.2026 15:29

Donald Trump stwierdził wprost, że nie potrzebuje prawa międzynarodowego. On nie gryzie się w język

Sekretarz Zasobów Wewnętrznych Doug Burgum przemawia u boku prezydenta Donalda Trumpa w Gabinecie Owalnym w Białym Domu, 30 stycznia 2026 r.

Donald Trump stwierdził wprost, że nie potrzebuje prawa międzynarodowego. On nie gryzie się w język – mówi dużo i dość swobodnie.

Foto: Francis Chung/Pool/ABACAPRESS.COM

„Eliasz szydził z nich mówiąc: Wołajcie głośniej, bo to bóg! Więc może zamyślony albo jest zajęty, albo udaje się w drogę. Może on śpi, więc niech się obudzi!” (1 Krl 18,27), czyli o skuteczności prawa

Czy prawo międzynarodowe umarło? Rzeczywiście trudno oprzeć się wrażeniu, że świat przestał działać według reguł, które obowiązywały od dekad. Erozja porządku międzynarodowego zdaje się osiągać poziom krytyczny. Cierpienia Palestyńczyków w Gazie zadane przez Państwo Izrael, zamarzająca ludność Ukrainy, nękanej przez Federację Rosyjską bombardowaniami infrastruktury krytycznej i osiedli mieszkaniowych, wreszcie ostatnie działania USA, w tym uprowadzenie urzędującej głowy państwa czy groźba zajęcia siłą Grenlandii, każą wątpić w jakikolwiek rzeczywisty światowy ład i system międzynarodowej sprawiedliwości. A może niewiele się zmieniło, tylko obudziliśmy się z błogiego snu i musimy zmierzyć się z brutalną rzeczywistością, w której sprawiedliwość wymierzana jest tylko przez mocnych względem słabych? Przez zwycięzców względem przegranych? A przecież zawsze było wiadome, że prawo międzynarodowe zazwyczaj milczy wobec zła silnych tego świata. Podobnie jak Bóg. Ale to nie znaczy że ono nie istnieje.

Czytaj więcej

Ekspert: Pojmanie Maduro można traktować jako polityczny kidnaping

Powojenny porządek świata

Winston Churchill podczas słynnego wykładu wygłoszonego w 1946 r. w Westminster College wskazał, że wobec przedzielenia Europy „żelazną kurtyną” USA muszą podjąć rolę gwaranta bezpieczeństwa „wolnego świata”. Churchill przewidywał, że jeśli Stany Zjednoczone nie zaangażują się w to zadanie, świat pogrąży się w chaosie. Świadomy przyczyn porażki Ligi Narodów ostrzegał, że jeśli Organizacja Narodów Zjednoczonych nie będzie wspierana przez rzeczywistą siłę, podzieli losy swojej poprzedniczki. Prezydent Harry S. Truman przełożył myśl Churchilla na język norm i politykę, przejmując odpowiedzialność za światowy ład tworzony po drugiej wojnie światowej. I rzeczywiście, przynajmniej z perspektywy Europy powojenny porządek przyniósł najdłuższy okres pokoju w historii. Jednakże należy pamiętać, że powojenny system prawa międzynarodowego został oparty na zasadzie, że mocarstwa są sędziami we własnej sprawie – weto uniemożliwia podjęcie rezolucji Rady Bezpieczeństwa potępiającej agresję jej członka lub jego bliskiego sojusznika. Właśnie dlatego Rada nie nałożyła w ostatnich latach sankcji na Rosję, USA ani na Izrael.

Z polskiej perspektywy ostatnie trzy dekady upłynęły pod protektoratem USA. Jednakże do początku lat 90. pozostawaliśmy w sowieckim obszarze wpływów, a więc i w ich strefie „sprawiedliwości”. Zbrodnie ZSRR, w szczególności zbrodnia katyńska, nie zostały osądzone w Norymberdze. Nie sądzi się bowiem zwycięzców. Po odzyskaniu niepodległości zachwyciliśmy się złudzeniem przynależności do „wolnego świata”, w którym wszystkie narody są równe, a silny protektor gwarantuje zarówno bezpieczeństwo, jak i sprawiedliwość (tę bez przymiotników).

Reklama
Reklama

Przez kilkadziesiąt lat żyliśmy w przekonaniu o skuteczności prawa narodów. Tymczasem oparta była ona na sile amerykańskiego protektora, realizującego faktycznie swoje interesy, często na granicy lub poza prawem. 

Przez kilkadziesiąt lat żyliśmy w przekonaniu o skuteczności prawa narodów. Tymczasem oparta była ona na sile amerykańskiego protektora, realizującego faktycznie swoje interesy, często na granicy lub poza prawem. Przymykaliśmy oko, bo interesy mocarstwa były co do zasady zbieżne z interesami NATO, a więc i Polski. Gdy cele strategiczne USA zostały zmienione, okazało się, że prawo to jedynie teoretyczny koncept, bezsilny wobec brutalnej siły mocarza.

Czytaj więcej

Donald Trump ogłasza stan nadzwyczajny wobec Kuby. W tle Rosja i Chiny

Czym jest prawo międzynarodowe i kto je definiuje

Donald Trump stwierdził wprost, że nie potrzebuje prawa międzynarodowego. On nie gryzie się w język – mówi dużo i dość swobodnie. Przyznał, że jego administracja musi przestrzegać prawa międzynarodowego, ale… wszystko zależy od definicji tego prawa. Chęć definiowania nowego porządku materializuje się właśnie w pomyśle „Rady Pokoju”, w której Trump miałby głos decydujący. Zapytany, czy obecnie są jakieś ograniczenia jego władzy (słynne „checks and balances”), stwierdził, że granice te wyznacza „jego moralność” i „jego rozum”. Wypowiedź ta jest nie tylko zatrważająca sama w sobie, ale i w oczywisty sposób neguje zasadę praworządności, zgodnie z którą to prawo powinno rządzić politykami, a oni nie mogą dowolnie kształtować przepisów. I rzeczywiście – choćby uprowadzenie prezydenta Maduro czy groźba zajęcia siłą Grenlandii są najlepszym dowodem, że USA otwarcie ze strażnika światowego ładu przemieniają się w imperium gotowe urzeczywistniać własne cele kosztem innych, przy użyciu wszelkich dostępnych środków.

Niektórzy analitycy wskazują, że amerykańska administracja zostanie jednak częściowo ograniczona przez tamtejszy Sąd Najwyższy. Obawiam się jednak, że jeśli oczekiwane w najbliższym czasie orzeczenie w sprawie legalności nakładania ceł będzie nie po myśli Trumpa, po prostu zostanie zignorowane. Problem z praworządnością amerykańskiej administracji dotyczy bowiem również domeny wewnętrznej.

Prawo międzynarodowe a Biblia

Czy kryzys ten oznacza, że prawo międzynarodowe przestało mieć sens? Cóż, nie jest to łatwe pytanie, a odpowiedzi na trudne warto szukać… w Biblii.

Reklama
Reklama

W Starym Testamencie znajdziemy wiele opisów bezpośredniej ingerencji Boga, który bezkompromisowo rozprawia się ze złem. Wody potopu wytraciły nieprawych, ogień z siarką unicestwił Sodomę i Gomorę, Morze Czerwone pochłonęło rydwany faraona ścigającego naród wybrany… W zacytowanym na wstępie fragmencie Księgi Królewskiej Bóg na prośbę Eliasza okazuje swą moc wobec proroków Baala. Również w Nowym Testamencie znajdziemy opis nadprzyrodzonego ukarania śmiercią Ananiasza i Safiry, którzy ośmielili się „skłamać Duchowi Świętemu” (por. Dz 5,1–11).

Jednakże znacznie częściej, i to w obu Testamentach, Bóg milczy. Nie zapobiega przecież śmierci własnego Syna, ani cierpieniom Hioba i śmierci jego najbliższych, nie ratuje męczenników, a dopuszczający się niesprawiedliwości czy okrucieństw są bezkarni. Według Blaise’a Pascala milczenie Boga nie jest jednak dowodem jego nieistnienia. Nie ujawnia się on, aby świat nie był moralnie jednoznaczny, a człowiek mógł wziąć odpowiedzialność za własne czyny. Dojrzała wiara opiera się właśnie na braku pewności co do istnienia Boga i zakłada, że sprawiedliwość może zaistnieć już w doczesności, ale dopełni się dopiero na końcu czasów. Brak nadprzyrodzonej egzekucji przykazań nie oznacza, że prawo i wartości ewangeliczne są martwe i nie mają znaczenia. Wręcz przeciwnie – ich wartość nie zależy od uznania przez „władców tego świata”, od doczesnych kodyfikacji czy przyznawanych nagród. Stanowią wartość samą w sobie. Dla osób wierzących są drogą prowadzącą do Boga, do doskonałości, do życia wiecznego, poświadczoną krwią niezliczonych rzesz męczenników.

Czytaj więcej

Jakub Sewerynik: Spór o krzyż – po raz kolejny

Często można usłyszeć, że Ewangelia jest w swej naturze naiwna. Jak można nadstawiać drugi policzek? O miłości nieprzyjaciół nawet nie wspominając. Również preambuła Karty Narodów Zjednoczonych brzmi dziś jak bajka dla naiwnych dzieci lub koncert życzeń oderwany od brutalnych realiów światowej polityki. Kto wierzy w równość „narodów wielkich i małych”? Kto bierze na poważnie zobowiązania państw do stworzenia warunków „umożliwiających utrzymanie sprawiedliwości i poszanowanie zobowiązań wynikających z umów międzynarodowych i innych źródeł prawa międzynarodowego”? Z pewnością nie Ukraińcy, próbujący przetrwać w odciętych od ciepła domach. Z pewnością nie mieszkańcy Gazy, pozbawieni dobytku i dachu nad głową, usiłujący przetrwać każdy kolejny dzień.

Czy to jednak oznacza, że wszelkie wypracowane przez wieki zasady prawa międzynarodowego są kompletnie bezwartościowe? Nic bardziej mylnego.

Dzięki dorobkowi doktryny możemy nie tylko odpowiednio nazwać poszczególne zdarzenia, ale także dokonać ich oceny. Państwa mogą domagać się przywrócenia sprawiedliwości, nakładać sankcje i stosować inne środki zaradcze. Zwykli obywatele mają możliwość protestowania i wywierania presji na rządzących, aby podjęli stosowne działania.

Reklama
Reklama

W społeczeństwach demokratycznych istnieje szansa, że administracja dopuszczająca się naruszeń prawa międzynarodowego zostanie odsunięta od władzy w kolejnych wyborach. Wreszcie politycy rządzący mocarstwami muszą pamiętać, że jeśli stracą władzę albo przegrają wojnę, to może dosięgnąć ich ziemska sprawiedliwość. Brak możliwości wyegzekwowania norm nie neguje wartości samego prawa, choć marne to pocieszenie dla ofiar agresji.

Czy zapewnienie bezpieczeństwa ludności cywilnej uzasadnia zwolnienie Putina z odpowiedzialności za zbrodnie wojenne?

Warto zwrócić jeszcze uwagę na ambiwalencję umów międzynarodowych i trudność oceny ich moralności. Jak bowiem ocenić, czy rozejm zawarty między Rosją a Ukrainą będzie sprawiedliwy: czy zakończenie rozlewu krwi uzasadnia utratę części terytorium Ukrainy? Jeśli tak, to jakiego obszaru? Czy zapewnienie bezpieczeństwa ludności cywilnej uzasadnia zwolnienie Putina z odpowiedzialności za zbrodnie wojenne lub zniesienie sankcji gospodarczych? Jeśli odpowiedź będzie przecząca, warto zapytać, czyją krwią należy płacić za dążenie do sprawiedliwości?

Profesor Patrycja Grzebyk powiedziała ostatnio, że nadeszły złote czasy dla specjalistów od prawa międzynarodowego. Trudno się z nią nie zgodzić – widać i słychać ich w każdych mediach, z pewnością piszą dziś wiele opinii i analiz. Jednak w odbiorze społecznym coraz częściej samo prawo, a wraz z nim prawnicy, wydają się zupełnie bezużyteczni, ponieważ nie mają sprawczości. Tymczasem siła prawa nie sprowadza się do samej możliwości jego wyegzekwowania.

Czytaj więcej

Patrycja Grzebyk, Dorota Heidrich: Gdyby ONZ nie istniała, trzeba by ją wymyślić

Wspomniani specjaliści przypominają dziś poniekąd proroków, którzy napominali rządzących. Jak Jeremiasz wypominają współczesnym królom Jojakimom: „Biada temu, kto fałszem buduje swój dom, pomijając sprawiedliwość, a swoje wysokie komnaty – bezprawiem; który każe swemu ziomkowi pracować darmo i nie oddaje mu jego zarobku” (Jer 22,13). Owoce takiego nawoływania nie pojawiają się od razu. Szczęśliwie prawnicy, w odróżnieniu od proroka, nie ryzykują własnego życia.

Reklama
Reklama
Opinie Prawne
Maciej Gutowski, Piotr Kardas: Skutki nieistnienia orzeczeń niczym lawina
Opinie Prawne
Mikołaj Małecki: Wyścig bez wyścigów, ale z surową karą
Opinie Prawne
Robert Gwiazdowski: Kto i na co ma nadzieję, czyli o zmianach w KRS
Opinie Prawne
Paweł Pietrzyk: Rola archiwów w dobie KSeF i cyfryzacji dokumentacji
Opinie Prawne
Jakub Ziętek: Znikające miliardy z PIT. Czy pora na reformę podatkową?
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama