Osoba arcybiskupa Józefa Michalika od zawsze w jakiś sposób mnie intrygowała. Kiedy pod koniec lat 90. poprzedniego stulecia, po kilku latach poszukiwania swojej „działki” w dziennikarstwie, postanowiłem zająć się tematyką kościelną, był on już dość znaczącą postacią w Konferencji Episkopatu Polski. Jego głos był słyszalny np. w czasie debat dotyczących aborcji czy kształtu nowej konstytucji. W 1999 r. został wiceprzewodniczącym KEP, a w 2004 r. przewodniczącym. Nasze drogi zaczęły przecinać się coraz częściej. Początkowo były to spotkania formalne, krótkie rozmowy, dłuższe wywiady. Za każdym razem były to spotkania ciekawe i bardzo miłe. Nie pamiętam, by arcybiskup kiedykolwiek odmówił rozmowy.

Jak „łamałem” arcybiskupa Michalika i  co z tego wyszło?

Gdzieś w okolicach 2012 r. przyszło mi do głowy, by napisać jego biografię. Raz, że jego życiorys jest tak przebogaty, że dałoby się nim obdzielić kilka osób, dwa, że jego medialny obraz bardzo mocno kontrastował z tym, który znałem ja z przeróżnych spotkań. Ale jak tu napisać biografię człowieka, który żyje bez jego udziału? Bodaj wczesną wiosną 2013 r. umówiliśmy się na spotkanie. Przedłożyłem arcybiskupowi mój pomysł, ale on się „wykręcił”. Nie pamiętam argumentów, ale choć nie powiedział twardo „nie”, to czułem, że nie jest zachwycony i współpracy raczej nie będzie… Trzeba było znaleźć pomysł, by go „złamać”.

Czytaj więcej

Abp Józef Michalik: Nigdy nie spodziewałem się tego, że będę żył tak długo

W marcu 2013 r. – tuż po wyborze papieża Franciszka – w jakimś kazaniu czy też wywiadzie arcybiskup stwierdził, że jego rodzina, podobnie jak rodzina Bergoglia, również poznała smak emigracji, rozłąki i tęsknoty, a on sam nigdy nie miał okazji poznania swoich dziadków. Intuicja podpowiedziała, że mam klucz. Zaczęło się żmudne szperanie po archiwach polskich i amerykańskich. Jego efektem było ustalenie dokładnej daty wyjazdu ojca matki, Piotra Karpińskiego, do Stanów Zjednoczonych w 1912 r., który zostawiał wtedy w Polsce żonę (Ksawera) wraz z kilkumiesięczną córką (Wiktorią). Udało się odnaleźć nazwę statku, którym płynął, pełną listę pasażerów, kilka podań o naturalizację. Udało się ustalić datę ponownego połączenia się rodziny (4 sierpnia 1928 r.), a przede wszystkim odnaleźć spis poborowych ze stanu Pensylwanii z 1942 r. , w którym był podany dokładny rysopis Piotra Karpińskiego: wzrost, waga, kolor oczu, włosów. Wyposażony w te dokumenty pojechałem do Przemyśla jesienią 2013 r. To miała być dwugodzinna rozmowa. Usiedliśmy. Zacząłem opowiadać, pokazywać dokumenty. Arcybiskup słuchał i oglądał z zaciekawieniem. W pewnym momencie po jego policzkach zaczęły płynąć łzy. – Nigdy nie widziałem swojego dziadka, nawet na zdjęciu. Widzę go dopiero teraz z tych rysopisów, które pan znalazł – wytłumaczył wzruszenie. Po obiedzie miałem ruszyć natychmiast w drogę powrotną. Bilet na pociąg do Warszawy był kupiony. I nagle, tuż po posiłku arcybiskup pyta: „To co, rozmawiamy dalej?”. Tak to się właśnie zaczęło. A efektem była jego biografia, którą dostał dopiero, jak opuściła drukarnię („Nie mam nic do stracenia. Abp Józef Michalik. Biografia”, Kraków 2015).

Czytaj więcej

Jak zohydzić arcybiskupa. Tomasz Krzyżak: Fragment biografii abp. Józefa Michalika

Jak arcybiskup Michalik wszedł do naszej rodziny

Potem tych wizyt w Przemyślu było dużo, dużo więcej. Rozmowy o życiu, Polsce, Kościele, o sprawach prozaicznych, spacery, wyjazdy w Bieszczady. Jeździłem sam, czasem z żoną i dziećmi. W czasie jednego z takich wyjazdów arcybiskup został… członkiem naszej rodziny. Przez przypadek. Podczas, gdy my rozmawialiśmy w zaciszu gabinetu, moja żona wraz z dziećmi poszli zwiedzić muzeum diecezjalne. Oprowadzająca ich siostra wiedziała, że arcybiskup ma rodzinę w USA, która od czasu do czasu odwiedza go w Przemyślu, więc uznała, że właśnie nastąpiły takowe odwiedziny. Pokazując kolejne eksponaty w pewnym monecie wskazała na stary plecak i oznajmiła, że należał on do Jana Pawła II, który chodził z nim po górach, a „wasz wujek dostał go właśnie od papieża”. Nikt nie zaprotestował, bo czasem (tu przepraszam wszystkie siostry zakonne i księży też) wyprowadzenie zakonnicy, czy księdza z błędu bywa trudne i nie ma co tracić czasu – znam to z autopsji. Gdy potem arcybiskup usłyszał tą historię poważnym głosem oznajmił: „No to nie ma wyjścia, musimy utrzymywać kontakty, bo przecież jesteśmy rodziną”. Skoro tak, to utrzymywaliśmy. Od czasu do czasu udawało się wpaść do Przemyśla, a w każdej rozmowie telefonicznej arcybiskup pytał o dzieci. Wiem też, że niektórych „kariery” z dumą śledził.

Krytykę przyjmował ze spokojem

Dla dziennikarza taka relacja bywa kłopotliwa. Z jednej strony coś cię z człowiekiem łączy, z drugiej bywa, że powinieneś go skrytykować. Czasem zdarza się, że w prywatnej rozmowie dostaniesz newsa, którego puszczenie w świat z pewnością odbiłoby się dużym echem. Tak było i w tej naszej znajomości. Doskonale pamiętam, gdy w grudniu 2015 r. na kolacji w Przemyślu niespodziewanie pojawił się ówczesny nuncjusz apostolski w Polsce, abp Celestino Migliore, i oznajmił, że papież Franciszek lada chwila spotka się z Cyrylem, patriarchą Moskwy i całej Rusi. Miejscem ich rozmowy będzie Kuba, a przygotowania są na ostatniej prostej. Puszczenie takiej informacji w świat mogłoby skończyć się jakąś dziennikarską nagrodą, ale… byłoby to nielojalne wobec ludzi, którzy obdarzają cię zaufaniem. Nie puściłem. Niemniej parę dni później koledze z redakcji powiedziałem, że z dobrego watykańskiego źródła słyszałem, że papież i patriarcha mają się spotkać, niech powęszy. „Kaktus na ręce mi wyrośnie, jak się spotkają” – odpowiedział. W lutym 2016 r. Franciszek i Cyryl spotkali się na Kubie.

Arcybiskup Michalik był tytanem pracy. Dużo czytał. Z gazet wycinał interesujące go artykuły i porządkował je w teczkach tematycznych. Parę razy skorzystałem, a jedna z teczek z wycinkami artykułów z lat 80. i 90. opisana „naród – religia, wolność” pozostała u mnie w domu – nie zdążyłem zwrócić. „Plus Minus” – w każdą sobotę sięgał po papierowe wydanie i czytał od deski do deski. Po przeczytaniu jakiegoś tekstu potrafił chwycić za telefon i wymienialiśmy spostrzeżenia. Nigdy się na krytykę nie obrażał – podchodził do niej konstruktywnie.

Raz jeden miałem duży dylemat. Zgłosił się do mnie ksiądz z archidiecezji przemyskiej jako dziecko wykorzystany seksualnie przez innego księdza z tej diecezji. Wyjaśnienie sprawy abp Michalik ewidentnie zaniedbał. Długo się wahałem przed podjęciem tematu. Ale skoro od lat siedzę w tej tematyce, to wziąłem temat. Arcybiskup podszedł do sprawy ze spokojem, opisał swoje działania, część rzeczy wyjaśnił w rozmowie bezpośredniej. Artykuł w czterech częściach powstał. Michalik nie wyszedł w świetle korzystnym. W żaden sposób nie zmieniło to naszej relacji. Taki był.

Po co arcybiskup Michalik brodził w Wisłoku?

Było kilka projektów, na które usiłowałem go namówić. Z Janem Pawłem II przyjaźnili się od lat 60. Wymienili ze sobą sporo listów. Niewielką część tej korespondencji arcybiskup upublicznił na łamach przemyskiego dodatku do tygodnika „Niedziela”. Na opracowanie edytorskie i wydanie wszystkiego namawiałem go bezskutecznie. Mówił, że jeszcze za wcześnie, że wszyscy dookoła chwalą się swoją znajomością z Janem Pawłem II, a on nie chce go zasłaniać swoją osobą. Acz kopie kilku listów dostałem, leżą opracowane i czekają na swój czas. Mnie nie udało się go namówić, ale on mnie tak… Kiedyś rzucił, że trzeba napisać biografię Wandy Półtawskiej i może ja mógłbym to zrobić. Podjąłem wyzwanie. Arcybiskup napisał nawet list polecający do Półtawskiej. Mnie Półtawska „wyrzuciła” z domu, mówiąc , że w tworzeniu swojej biografii uczestniczyła nie będzie, ale nie będzie przeszkadzała. A arcybiskup? Zadzwonił po jakimś czasie i oznajmił, że miał nieprzyjemny telefon z Krakowa. Dzwoniła oczywiście Półtawska z pretensjami.

Czytaj więcej

Wanda Półtawska i Jan Paweł II: siostra i brat

Biografia („Wanda Półtawska. Biografia z charakterem”, Kraków 2017) powstała, a arcybiskup miał w niej też pewien, poza namówieniem mnie do podjęcia tematu, udział. Otóż Andrzej i Wanda Półtawscy mieli w Beskidzie Niskim domek. W miejscu, w którym przez lata biwakowali z Karolem Wojtyłą, z którego zresztą ten w 1978 r. ruszył na konklawe… Miejsce to Półtawska uwieczniła na łamach „Beskidzkich rekolekcji”. Arcybiskup Michalik bywał w tym domku wielokrotnie. Wybraliśmy się zatem tam razem. Jakież było moje zdumienie, gdy w pewnym momencie arcybiskup kazał zaparkować auto obok jakiejś obory w Rudawce Rymanowskiej i oznajmił, że dalej ruszymy pieszo. Poszliśmy… Do dziś mam przed sobą jego widok, gdy z podwiniętymi do kolan nogawkami spodni szuka brodu, by przeprawić się na drugą stronę Wisłoka, gdzie stał ów domek.

Niedzielny rytuał: obieranie jajka „na Michalika”

Wspomnę jeszcze, że arcybiskup w każdą niedzielę jest obecny (teraz też będzie) na śniadaniu w moim domu. Jak to możliwe? Wszak nasze domy dzieliło 450 km. Może to się komuś wydać dziwne lub śmieszne, ale odpowiadają za to jajka na miękko. Niedziela bez jajka na śniadanie nie jest niedzielą. W naszym domu zawsze najpierw było rozbijanie skorupki łyżeczką, potem zaś stopniowe obieranie skorupki. Arcybiskup Józef robił to inaczej. Odcinał po prostu górę jajka nożem i już. Przejęliśmy to od niego i dziś obieramy jajka „na Michalika”.

Czytaj więcej

W polskim Kościele kończy się pewna epoka

Dla wielu osób był „twardogłowym” konserwatystą, człowiekiem, który „zabetonował” polski Kościół. Zapamiętają mu lapsusy językowe, sprawę Tylawy, zaangażowanie polityczne. W jego ocenie nie pomijam i tego – wiele razy o tym rozmawialiśmy i często pozostawaliśmy przy swoim. Jedno trzeba mu przyznać: był człowiekiem głębokiej wiary, twardo trzymającym się swoich zasad. Ja zapamiętam go przede wszystkim jako ciepłego, uśmiechniętego, gotowego do pomocy „wujka”.

Do zobaczenia arcybiskupie „wujku” Józefie!