Dwupartyjny system, w którym przynajmniej od wieku na zmianę rządzili Konserwatyści i Laburzyści, ostatnio wyzionął ducha. Rządząca Anglią Partia Pracy właśnie straciła 1446 radnych i musi się zadowolić 1052 z nich. Ale porażka Torysów jest proporcjonalnie niewiele mniejsza. Teraz mają oni 800 radnych, o 563 mniej niż jeszcze kilka dni temu.

Bo też Brytyjczycy postawili na ugrupowania skrajne. Przede wszystkim ugrupowanie faktycznego autora brexitu, Nigela Farage'a, który z 1453 radnymi (miał ich wcześniej ledwie 2) zyskał bardzo silne umocowanie w kraju. Jednak znakomity wynik osiągnęli też Zieloni pod wodzą mającego żydowsko-polskie korzenie Zacka Polanskiego. Ugrupowanie, które z uwagi na swój radykalizm samo określa się jako siła „ekopopulistyczna”, będzie teraz miało 550 radnych, cztery razy więcej niż do tej pory.

Czytaj więcej

Wybory lokalne w Wielkiej Brytanii: Tryumf Nigela Farage'a

Na tym nie kończą się kłopoty premiera Wielkiej Brytanii sir Keira Starmera. W Walii, po raz pierwszy od przeszło stu lat, jego Partia Pracy nie tylko nie odniosła zwycięstwa, ale wręcz spadła na trzecie miejsce. Tu w wyniku głosowania do lokalnego parlamentu liderem okazało się niepodległościowe ugrupowanie Plaid Cymru. Z 43 deputowanymi jest ono całkiem blisko bezwzględnej większości (49 mandatów). Co prawda władze w Cardiff nie zamierzają wyrwać się na niepodległość, ale będą z pewnością starały się o dalej idącą autonomię, w tym w sprawach podatkowych.

Szkocja zawiesza plany niepodległościowe. Na razie

Poważniejsza dla Londynu jest sytuacja w Szkocji. Szkocka Partia Narodowa (SNP) także nie uzyskała co prawda bezwzględnej większości w 129-osobowym lokalnym parlamencie. Musiała się zadowolić 58 posłami. Jednak razem z również dążącymi do oderwania się od korony Zielonymi (15 mandatów) może bez trudu zbudować większość.

Lider SNP John Swinney zapowiadał przed wyborami szybką ścieżkę niepodległościową. Chciał wyrwać zgodę Londynu na referendum już w 2028 r. i w razie jego zwycięstwa proklamować nowe państwo w 2030 r. Teraz to nieaktualne. Wynik jego ugrupowania, 38 proc. poparcia, trudno uznać za sygnał, że Szkoci chcą szybko wyjść ze Zjednoczonego Królestwa. Ostrzeżeniem jest referendum z 2014 r., kiedy tylko 45 proc. opowiedziało się za secesją (55 proc. było przeciw).

Foto: PAP

Jednak dynamika między Londynem a Edynburgiem może się szybko zmienić. A to dlatego, że przynajmniej w tej chwili w sondażach króluje Reform UK. Gdyby następnym premierem Wielkiej Brytanii został faktycznie Nigel Farage z jego nacjonalistyczną agendą, z pewnością pchnąłby wielu szkockich wyborców w ramiona secesjonistów. Tak się już zresztą stało po referendum rozwodowym w 2016 r., a potem po objęciu władzy przez Borisa Johnsona.

Następne głosowanie do Izby Gmin powinno terminowo odbyć się dopiero za trzy lata. Zaraz po ogłoszeniu wyników Starmer przyznał, że bierze pełną odpowiedzialność za porażkę. Ale jednocześnie wykluczył dymisję. Uznał, że taki krok doprowadziłby do „chaosu” w kraju.

Jednak coraz więcej polityków Partii Pracy nie widzi szans na utrzymanie się u władzy po najbliższych wyborach pod obecnym przywództwem. Ledwie dwa lata temu Laburzyści uzyskali drugą najsilniejszą większość w powojennej historii kraju. Głosowało na nich 34 proc. Brytyjczyków. Dziś to poparcie spadło o połowę, do 17 proc. Jednak inaczej niż w przeszłości, zawiedzeni lewicą nie postawili na Torysów, którzy w tej chwili muszą zadowolić się w sondażach 17 proc. głosów.

Tak jak w tych wyborach lokalnych Partia Pracy straciła swój tradycyjny bastion w poprzemysłowych miastach północnej Anglii, tak Konserwatyści zostali zdziesiątkowani w swoim tradycyjnym bastionie na południu kraju. Dziś w sondażach króluje Reform UK (25 proc.), ale całkiem silną pozycję mają Zieloni (17 proc.) i Liberalni Demokraci (12 proc.). Jak to się przełoży na ostateczny wynik wyborów przy większościowej ordynacji, jaką ma królestwo, nie da się przewidzieć.

Keir Starmer okazał się bardzo skuteczny w walce z imigracją

Problemem Partii Pracy jest jednak to, że nie ma jasnego następcy Starmera. Być może taką rolę mógłby odegrać burmistrz Manchesteru Andy Burnham, jednak nie ma on mandatu do Izby Gmin, który jest po temu niezbędny.

Czytaj więcej

Europejska prawica odwraca się od Donalda Trumpa

Starmer okazał się bardzo skuteczny, gdy idzie o najważniejszy postulat sprzed dwóch lat: ukrócenie imigracji. Za Torysów sięgnęła ona nawet miliona osób netto rocznie. Teraz momentami więcej osób wyjeżdża nawet z Wielkiej Brytanii, niż się w niej osiedla. Jednak premier nie wywiązał się z innych złożonych obietnic. Nie udało mu się postawić na nogi usług publicznych, w szczególności służby zdrowia. Kraj nie przełamał także marazmu gospodarczego: na ten rok MFW przewiduje ledwie 0,8 proc. wzrost. Po części winny jest brak reform. Jednak Starmer płaci także wysoką cenę za skutki katastrofalnej kampanii irańskiej Donalda Trumpa. Chodzi w szczególności o gwałtowną zwyżkę cen ropy i gazu. Mało charyzmatyczny Starmer stracił też dużą część poparcia, gdy wyszły na jaw bliskie związki pedofila Jeffreya Epsteina z mianowanym na ambasadora w USA Peterem Mandelsonem.

Mimo wszystko jest coś bardzo przygnębiającego w tym, że w kraju z najlepszymi uniwersytetami, największą liczbą wydawanych książek na świecie i ogromnymi wpływami na świecie z uwagi choćby na pozycję języka angielskiego, liderem sondaży jest ponownie populista, który de facto doprowadził do tragedii brexitu. To w obawie przed jego rosnącymi wpływami kosztem elektoratu Partii Pracy ówczesny premier David Cameron zapowiedział referendum rozwodowe, jeśli ponownie wygra wybory w 2015 r. Dziś, jak podaje YouGov, tylko 31 proc. Brytyjczyków ponownie głosowałoby za rozwodem z Unią, podczas gdy 56 proc. opowiedziałoby się za pozostaniem w Unii.

Czytaj więcej

Artur Bartkiewicz: Sławomir Mentzen na lotnisku w Wielkiej Brytanii, czyli kilka słów o wolności

Polityczny dryf w Londynie to szczególnie zła wiadomość dla Polski. Nasz kraj ma 27 maja podpisać umowę o współpracy wojskowej z Wielką Brytanią. Zjednoczone Królestwo jest też bardzo zdeterminowanym aliantem Ukrainy w walce z Rosją.