Premier Sir Keir Starmer teoretycznie nie musi martwić się o władzę: najbliższe wybory parlamentarne mogą się odbyć dopiero w sierpniu 2029 r. Jednak wynik czwartkowego głosowania na około 5 tys. radnych okazał się tak katastrofalny dla rządzącej krajem Partii Pracy, że jej szef musiał zapewniać, iż nie rozważa dymisji.
– Biorę pełną odpowiedzialność za bolesny dla naszej partii rezultat. Jednak nie zrezygnuję z wprowadzenia w życie zmian, dla których zostałem wybrany. Gdybym dziś odszedł, powstałby chaos – zapewnił.
Reform UK, nacjonalistyczno-populistyczne ugrupowanie utworzone przez Farage’a, może przejąć nawet 1/3 radnych, podczas gdy Partia Pracy Starmera straci około połowy z ok. 2,5 tys. mandatów, które posiadała.
Nigel Farage, jeden z architektów brexitu. Dziś Brytyjczycy żałują wyjścia z UE
Nigel Farage był pierwszym znaczącym politykiem, który wylansował ideę wyjścia Zjednoczonego Królestwa z UE. Aby powstrzymać odpływ do jego ówczesnego ugrupowania wyborców Partii Konserwatywnej, premier z tamtych czasów David Cameron obiecał, że jeśli ponownie wygra wybory w 2015 r., zorganizuje w tej sprawie referendum. Zwolennik integracji, nie spodziewał się, że będzie to oznaczało zerwanie z Unią.
Dziś jednak, jak podaje instytut YouGov, 56 proc. Brytyjczyków uważa tamtą decyzję za błąd, a tylko 31 proc. nadal ją aprobuje. Jak w tej sytuacji jest możliwe, że Farage znów jest na fali?
Czytaj więcej
Margaret Thatcher urządziła Wielką Brytanię w Unii znakomicie. Na razie nie widać, czym Boris Johnson zrekompensuje Brytyjczykom wyprowadzenie król...
Dokładniejsza analiza wyników pokazuje, że tylko 10-15 proc. wyborców Reform UK to zdeklarowani radykałowie. Reszta chce wywrócić stolik: na wszelkie sposoby zmienić system, który ich zdaniem im nie służy.
To już trzecia taka próba. Po referendum brexitowym wyborcy postawili w 2019 roku na ówczesnego lidera Partii Konserwatywnej Borisa Johnsona w nadziei, że faktycznie doprowadzi do szybkiego i radykalnego zerwania z Unią. Teraz 2/3 wyborców torysów postawiło na Farage’a. W szczególności mieszkańcy zubożałej północnej Anglii, osoby gorzej wykształcone i gorzej sytuowane.
Wybory lokalne w Wielkiej Brytanii wieszczą koniec systemu dwupartyjnego
Johnson nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Nie tylko okazał się osobą mało poważną, ale przede wszystkim brexit zamiast wyrwać kraj z gospodarczego marazmu jeszcze bardziej go w niego wepchnął. Torysi nie zdołali też spełnić swojej najważniejszej obietnicy: ukrócić imigrację Jej bilans netto w pewnym momencie doszedł do miliona rocznie.
Na takie poparcie może dziś liczyć w Wielkiej Brytanii Reform UK, która jest najpopularniejszą partią na Wyspach
Starmer, który jest premierem od lata 2024 r., na tym kluczowym froncie osiągnął spektakularny sukces. W tym roku po raz pierwszy od 1993 r. liczba imigrantów może być wręcz mniejsza, niż osób opuszczających Zjednoczone Królestwo. Jednak mimo tego, że uzyskał w parlamencie najsilniejszą większość od 1993 r., lider laburzystów na innych frontach zawiódł. Nie zdobył się na reformy strukturalne, które mogłyby postawić na nogi gospodarkę. Tę dobiła jeszcze katastrofalna kampania irańska Donalda Trumpa. W tym roku wzrost Wielkiej Brytanii ma wynieść ledwie 0,8 proc. a do końca dekady może się okazać, że dochód na mieszkańca będzie wyższy w Polsce, niż na Wyspach.
Czytaj więcej
Układ polityczny w Polsce zaczyna niepokojąco przypominać dynamikę w Wielkiej Brytanii przed referendum brexitowym.
Mało charyzmatyczny Starmer stracił też dużą część poparcia, gdy wyszły na jaw bliskie związki pedofila Jeffreya Epsteina z mianowanym na ambasadora w USA Peterem Mandelsonem.
Sir John Curtis, najbardziej znany socjolog kraju, wskazuje jednak także na drugiego, obok Reform UK, beneficjanta porażki Partii Pracy. To Zieloni, którzy w skali kraju mają już niewiele mniejsze (16 proc.) poparcie od laburzystów (18 proc.) i Torysów (17 proc.). Poważnym graczem pozostają też Liberalni Demokraci (12 proc.). Reform UK może liczyć na 25 proc. Tradycyjny, dwupartyjny system poszedł więc w niepamięć.