Dobrze pamiętam środek londyńskiej nocy 24 czerwca 2016 r., gdy brytyjskie media, a z nimi cały świat z niedowierzaniem alarmowały, że w głosowaniu poprzedniego dnia wygrali zwolennicy porzucenia Unii Europejskiej. Kraj z najdłuższą tradycją demokratyczną w Europie, najlepszymi uniwersytetami na świecie i największą liczbą wydawanych książek właśnie strzelił sobie w stopę.
Polska, inaczej niż Wielka Brytania, leży między Niemcami i Rosją; nie ma broni atomowej; najważniejszego języka świata czy specjalnych relacji z USA
David Cameron nie docenił bredni o Brukseli w brytyjskich mediach
Niektórzy wtedy triumfowali. Na okładce „Daily Telegraph” można było zobaczyć mapę, na której Wielka Brytania uwalnia się z łańcuchów, którymi rzekomo Zjednoczona Europa pętała królestwo w niewoli. Dziewięć lat później po tym entuzjazmie pozostało niewiele. 56 proc. Brytyjczyków uważa, że rozwód z Unią był błędem, tylko 36 proc. jest przeciwnego zdania. Kraj grzęźnie w marazmie gospodarczym, a poparcie dla Partii Konserwatywnej, która zainicjowała brexit, załamało się do historycznie niskiego poziomu. Zmarginalizowany na scenie międzynarodowej kraj znów zerka ku Europie: stąd koordynacja kwestii ukraińskiej z Francją i Niemcami. Ale powrotu do Unii już nie ma. A już z pewnością do znakomitego układu, jaki królestwo miało we Wspólnocie – pełnię praw przy minimum obowiązków.
Czytaj więcej
Choć zwolennicy pozostania Polski w Unii Europejskiej nadal stanowią wyraźną większość, najnowszy...
Za tę tragedię odpowiedzialny jest David Cameron. Przed wyborami w 2015 r. obiecał, że przeprowadzi referendum rozwodowe, bo chciał powstrzymać rosnące wpływy eurosceptycznej Partii Niepodległościowej Zjednoczonego Królestwa (UKIP). Nie docenił przełożenia bredni wypisywanych w brytyjskich mediach przeciw Brukseli na nastroje społeczne.