Nie ma żartów. Minister Mariusz Błaszczak podpisał decyzję „w sprawie promowania pełnienia służby wojskowej w jednostkach organizacyjnych podległych ministrowi obrony narodowej”. W ten sposób chce zwiększyć liczbę żołnierzy. Teraz podaje, że jest 172,5 tys. „żołnierzy pod bronią”, ale chce do tej liczby dorzucić kolejnych kilkadziesiąt tysięcy. Marzy o ubraniu w mundury cywilów pracujących dla wojska.
Wprawdzie będą oni musieli zaliczyć roczną służbę wojskową (w ramach dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej), ale i tak wszystko wskazuje na to, że ich wartość bojowa będzie taka jak dzisiaj, bez owego szkolenia. Założenie jest bowiem takie, że po wojskowym szkoleniu podstawowym, czyli do przysięgi, które może trwać miesiąc, pozostałe tzw. szkolenie specjalistyczne będzie odbywało się u dotychczasowego pracodawcy.
Błaszczak liczy, że zmieniając jednym ruchem etaty cywilne na wojskowe, szybciej będzie mógł ogłosić, iż zbliża się do powstania 300-tysięcznej armii, bo dla wojska pracuje teraz ok. 45 tys. cywilów.
Decyzja ministra została podjęta nagle, bez konsultacji ze związkami zrzeszającymi pracowników cywilnych, w odpowiedzi na ich protest, w którym domagali się podwyżek. Minister pieniędzy nawet nie obiecał, ale zaproponował im włożenie kamaszy i w ten sposób zwiększenie zarobków. Decyzja była pisana w pośpiechu, bo szef Centralnego Wojskowego Centrum Rekrutacji ma dopiero do 1 lipca przygotować cykl spotkań informacyjnych z pracodawcami oraz uzgodnić w dyrektorem departamentu szkolnictwa wojskowego oraz z dowódcami roczny program szkoleń pracowników, którzy zgłoszą chęć włożenia munduru. Zachętą ma być podniesienie pensji o tysiąc złotych dla tych, którzy zgłoszą się do WOT. Ale tylko do 31 grudnia 2024 r. Ile zarobią później, minister nie precyzuje. Obiecuje im też dodatkowy urlop.