Krajobraz po reformie

Mamy w polskim środowisku akademickim jawne patologie, które nikogo nie szokują. Mało tego, ludzie nauki zdają się być z nich wręcz zadowolone – pisze publicysta i politolog.

Publikacja: 23.08.2022 03:00

Krajobraz po reformie

Foto: shutterstock

Wprowadzenie w 2018 r. tzw. Konstytucji dla Nauki, zarówno wychwalanej, jak i powszechnie krytykowanej, stworzyło regulacje prawne bezpośrednio ingerujące w życie naukowe naszego kraju. Dobitnym tego przykładem są ogłoszone w ostatnich dniach lipca wyniki przeprowadzonej oceny (fachowo nazywanej parametryzacją lub ewaluacją) poszczególnych dyscyplin naukowych. Oceną objęto wyższe uczelnie (publiczne i prywatne) oraz instytuty naukowo-badawcze. Za wcześnie na pełną analizę wyników, lecz można pokusić się o pierwsze refleksje.

Sloty i diaspory

Ewaluacja polskich uczelni – w znaczeniu oceny nauczycieli akademickich oraz dyscyplin – jest sprawą ważną i bezdyskusyjną. Za całkowicie uzasadnioną należy uznać decyzję, że każdy nauczyciel akademicki (naukowy bądź badawczo-dydaktyczny) musi wykazać się przynajmniej czterema slotami (dokonaniami naukowymi) w okresie objętym ewaluacją. Dlatego nawet kiepska publikacja jest lepsza niż żadna.

Ewaluacja polskich uczelni – w znaczeniu oceny nauczycieli akademickich oraz dyscyplin – jest sprawą ważną i bezdyskusyjną. Za całkowicie uzasadnioną należy uznać decyzję, że każdy nauczyciel akademicki (naukowy bądź badawczo-dydaktyczny) musi wykazać się przynajmniej czterema slotami (dokonaniami naukowymi) w okresie objętym ewaluacją. Dlatego nawet kiepska publikacja jest lepsza niż żadna.

Decyzja ta zweryfikuje rzeczywisty potencjał badawczy poszczególnych ośrodków akademickich, a także wyeliminuje osoby nieprowadzące badań i wykorzystujące de facto osiągnięcia „liderów”. O ile oczywiście władzom poszczególnych uczelni nie zabraknie odwagi, by po ewaluacji zweryfikować stan zatrudnienia i wykorzystać narzędzia prawne, które będą w ich ręku, czyli w uzasadnionych przypadkach rozwiązać umowy z osobami należącymi do grupy NZero, czyli niewypełniających swoich slotów.

Pytanie jednak, czy słuszna była zmiana ewaluacji podstawowych jednostek organizacyjnych uczelni na rzecz ewaluacji dyscypliny, jako że każda uczelnia, zgodnie z ustawą, ma prawo organizować własne podstawowe jednostki organizacyjne według własnego uznania. Wynika to z filozofii ustawy, która rozdzieliła kwestie dydaktyczne (pozostawiając je w kompetencjach wydziału i jego dziekana) od spraw naukowych (tymi zajmują się rady naukowe). Kwestię tę brutalnie zweryfikowała rzeczywistość. Już teraz pojawił się problem na dużych uniwersytetach, gdzie na wydziale, który odpowiada za prowadzenie kierunku studiów np. historii, zatrudnionych jest zaledwie 55 proc. naukowców deklarujących jako przedmiot swoich badań dyscyplinę naukową „historia”. Reszta historyków jest rozproszona po innych wydziałach. Uczą na przykład historii na różnych filologiach czy przyszłych lekarzy historii medycyny. Historyków „wydziałowych” rada naukowa i dziekan są w stanie dyscyplinować na różne sposoby i zmuszać co bardziej opornych do prowadzenia badań naukowych oraz publikowania ich wyników, co przekłada się wprost na wynik parametryzacji. Natomiast „historycy” rozproszeni pozostają poza jakąkolwiek kontrolą. Nikt ich nie może zmusić do badań, bowiem dla nich liczy się „ich” dziekan. Kończy się to tym, że badacze diasporalni, jako NZero, ciągną całą dyscyplinę w dół. Do wyjątkowo spektakularnej katastrofy doszło na jednym z najważniejszych uniwersytetów w Polsce, gdzie jedna z dyscyplin nauk humanistycznych zgodnie ze wszystkimi wyliczeniami powinna otrzymać kategorię B (przy skali A+, A, B+, B i C). Kategoria taka, poza oczywistym blamażem i skandalem, oznaczałaby całkowitą deklasację uczelni – spadnięcie z poziomu kategorii A oraz utratę uprawnień do doktoryzowania i habilitowania. „Powinna” otrzymać, ale nie otrzymała, o tym za chwilę.

Stachanowcy publikacji

Innym problemem są patologie, które ewaluacja brutalnie unaoczniła. Jednym z najważniejszych sposobów wypełniania obowiązków naukowych przez nauczyciela akademickiego są publikacje naukowe. W związku z tym ważna jest weryfikacja listy czasopism i wydawnictw, by obowiązek ten nie stał się pustym gestem. Gospodarka wolnorynkowa spowodowała bowiem, że druk książki stał się bardzo prosty, lecz często takiej książki nie można znaleźć w żadnej bibliotece bądź księgarni.

Kontrowersje, jakie pojawiały się w związku z opublikowaną przez MNiSW (obecnie MEiN) listą czasopism i wydawnictw, z pewnością były sygnałem zaniepokojenia polskich środowisk naukowych, aczkolwiek ostatnie regulacje ukazały, że możliwe są korekty owej listy.

Niektórzy twierdzą, że ewaluacja zawiodła, jeśli chodzi o wprowadzenie polskich naukowców w międzynarodowy obieg publikacyjny. Jednak jak pokazuje przykład międzynarodowego czasopisma „European Studies Journal” indeksowane w JCR (Journal Citation Reports), to polscy autorzy zdominowali wręcz top czasopismo.

„European Studies Journal” wydawane było jeszcze niedawno w częstotliwości po cztery numery rocznie – od 10 do 20 artykułów w każdym numerze, z niewielkim udziałem Polaków. W ostatnich latach czasopismo uległo przemianie, gdy masowo zaczęli publikować w nim Polacy. Dobitnie ukazują to lata 2020 i 2021 zdominowane przez autorów z Polski. Dlaczego tak się stało? Wspomniane czasopismo jest punktowane – 100 pkt. Aby zamieścić artykuł należy uiścić 650 euro plus dodatkowe opłaty i w ten sposób artykuł zostaje opublikowany. W 2021 roku od daty złożenia artykułu do redakcji do momentu opublikowania w tzw. numerze specjalnym brano okres liczony w dniach. Jednocześnie w 2022 roku wydano siedem zeszytów z łączną liczbą publikacji 405, w tym 356 artykuły z Polski (88 proc.).

W 2021 roku wydano 12 zeszytów – łączna liczba artykułów wyniosła 860 w tym autorów z Polski 842 (udział 98 proc.). Przy czym należy domniemywać, że większość artykułów została opłacona ze środków publicznych, w ramach tzw. środków wspierających naukę. Co więcej w tym procederze wzięło udział tak liczne grono polskich naukowców, w tym uznani przedstawiciele nauk społecznych, często określani w Polsce mianem wybitnych, że to aż niewiarygodne. Tak więc w celu zdobycia jak największej liczby punktów w ramach limitu przysługujących im slotów, świadomie wydają publiczne pieniądza, aby „wzmocnić” dyscyplinę naukową swojej uczelni. Nie widzą nic w tym złego. Pomijam już korzyści materialne dla nich (często są wypłacane nagrody pieniężne dla pracownika za tego typu artykuły) i reprezentowanych przez nich uczelni, które w wyniku tej parametryzacji uzyskają. A skala jest naprawdę poważna. Przypominam, że to jedno wspomniane czasopismo wygenerowało w ostatnich dwóch latach 1198 artykułów autorów lub współautorów z Polski po 100 pkt (!) i ma realny wpływ nie tylko na ocenę jednostek uczestniczących w parametryzacji, ale wysokość subwencji dla poszczególnych uczelni w Polsce. Nie wiem, dlaczego prawie całe środowisko akademickie jest zadowolone z takiego stanu rzeczy i naprawdę nikogo to nie szokuje. Przecież jest to przykład jawnej patologii.

Pole do spisków

Podobny problem dotyczy też drapieżnych wydawnictw, które prześlizgnęły się na listę ministerialną. Co gorsza, również zagraniczne wydawnictwa naukowe, które dotychczas wyznaczały pewne standardy na rynku książki naukowej, bez pardonu weszły w układy z wyższymi uczelniami i za pieniądze koniec końców publiczne wydają książki, które nie powinny zostać opublikowane nawet po polsku. Może nie jest złym pomysłem, by MEiN nakazało wykazać uczelniom, ile środków z dotacji państwowej uczelnie wydały na karmienie zagranicznych czasopism i wydawnictw – w tym „drapieżników”.

Pochylając się nad wynikami ewaluacji polskiej nauki, nie zapominajmy o tym, że oczywiście zespoły naukowców oraz zastępy ministerialnych urzędników sprawdzały i weryfikowały sloty, ustalały obiektywne kryteria dla poszczególnych dyscyplin i w ich obrębie dla każdej kategorii, lecz na końcu i tak listy trafiały na biurko ministra, który podejmował decyzje.

I tu wracam do dyscypliny, której powinęła się noga. Na ogłoszonej liście dyscyplina ta ma kategorię B+ zamiast „obiektywnej” B. Według „twardych” kryteriów dyscyplina ta zajęła trzecie miejsce… od końca w skali kraju. To oznacza, że gdzieś w Polsce są dwa ośrodki akademickie z jeszcze gorszymi wynikami niż ten lewarowany. Lecz, co ciekawe, w interesującej nas dyscyplinie wiedzy nie ma ani jednego ośrodka z kategorią B. Zapewne punktację „podciągnięto” wszystkim z ogona tabeli, by nikt nie zadawał kłopotliwych pytań.

Czy minister powinien mieć prawo do wprowadzenia zmian? Oczywiście, że tak. Szczególnie że to tak naprawdę pierwsza taka parametryzacja dyscyplin i wszyscy się uczą jej zasad. Ale powinno się to odbyć w całkowitej jawności – powinna być ogłoszona lista rankingowa, wypracowana przez zespoły poszczególnych dyscyplin, oraz lista ostateczna. Rozbieżności powinny zostać przez ministerstwo wyjaśnione. A tak powstaje pole do teorii spiskowych.

Uniwersytety na B+

Za wcześnie na całościową analizę wyników, lecz może warto przyjrzeć się uniwersytetom państwowym, które stanowią może nie tyle „okręty flagowe” polskiej nauki, lecz na pewno jej siłę pociągową. Podstawą do poniższych uwag jest wyliczenie średniej z uzyskanych kategorii przez poszczególne uniwersytety.

Triumfator jest jeden – stołeczny UW, który zostawił resztę peletonu w tyle. Swój sukces uczelnia zawdzięcza rekordowej liczbie dyscyplin z kategoriami A+ i A – po osiem. Świetnie wypadły UMCS w Lublinie i poznański UAM. Poza podium jest najstarsza nasza wszechnica, UJ. Ze swoich wyników z pewnością zadowolone mogą być władze Uniwersytetu Opolskiego, który co prawda nie ma żadnej dyscypliny z kategorią A+, lecz cztery z kategorią A i dziesięć z kategorią B+. Ten fakt, przy zgłoszeniu tylko 16 dyscyplin do oceny (średnia to ponad 20 na uniwersytet), świadczy o przemyślanej polityce „parametryzacyjnej” uczelni. Środek peletonu jest dość wyrównany i uniwersytety dzielą tu niewielkie różnice. Tym bardziej widoczny jest ogon stawki. Wiele do przemyślenia i zrobienia ma Uniwersytet Jana Kochanowskiego w Kielcach. Uczelnia zgłosiła do oceny 20 dyscyplin. Kategorii A+ nie otrzymała żadna z nich, a zaledwie dwie kategorię A. Połowa dyscyplin otrzymała kategorię B+. Najbardziej niepokojąca jest liczba dyscyplin z kategorią B – osiem, czyli blisko połowa zgłoszonych.

Podsumowując, można uznać, że polskie uniwersytety pod względem naukowym zasłużyły na kategorię B+. Czyli jest dobrze, ale może być jeszcze lepiej.

Na zakończenie chciałbym wyraźnie zastrzec, że założenia reformy nauki były właściwe.

Autor jest profesorem Akademii Ekonomiczno-Humanistycznej w Warszawie oraz Wyższej Szkoły Zarządzania Personelem w Warszawie. Członek zarządu Stowarzyszenia Promowania Myślenia Obywatelskiego

Wprowadzenie w 2018 r. tzw. Konstytucji dla Nauki, zarówno wychwalanej, jak i powszechnie krytykowanej, stworzyło regulacje prawne bezpośrednio ingerujące w życie naukowe naszego kraju. Dobitnym tego przykładem są ogłoszone w ostatnich dniach lipca wyniki przeprowadzonej oceny (fachowo nazywanej parametryzacją lub ewaluacją) poszczególnych dyscyplin naukowych. Oceną objęto wyższe uczelnie (publiczne i prywatne) oraz instytuty naukowo-badawcze. Za wcześnie na pełną analizę wyników, lecz można pokusić się o pierwsze refleksje.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Opinie polityczno - społeczne
Arkadiusz Stempin: Niemiecka demokracja w kryzysie. Czy Niemcy uchronią ją przed erozją od środka?
Opinie polityczno - społeczne
Jacek Nizinkiewicz: Dlaczego PiS chce ukryć problemy, których lawinowo przybywa
Opinie polityczno - społeczne
Zuzanna Dąbrowska: Odwołana rewolucja w KRS
Opinie polityczno - społeczne
Łukasz Warzecha: Kto tu jest populistą?
Opinie polityczno - społeczne
Ks. Mirosław Tykfer: Na granicy z Białorusią wciąż umierają ludzie