W sprawie oblania farbą rosyjskiego ambasadora Siergieja Andriejewa trzeba wyraźnie rozgraniczyć dwie kwestie: moralne oburzenie na działania Rosji od tego, co jest elementarnym interesem Polski w tej sytuacji. Czyli oddzielić emocje od racji stanu. Trzeba mówić, a nawet głośno krzyczeć o zbrodniach, jakie popełniają Rosjanie na Ukrainkach i Ukraińcach, o nieusprawiedliwionej agresji na suwerenne państwo ukraińskie, o kłamliwej kremlowskiej propagandzie. Także o tym, że w samym środku wojny, w sytuacji, gdy w Polsce przed bombami Putina schroniły się miliony Ukraińców, zorganizowanie przez rosyjską ambasadę w Warszawie uroczystości przy pomniku sowieckich żołnierzy było bezczelną prowokacją. Ale czym innym jest prowokowanie awantury przez Andriejewa – któremu zarówno władze stolicy, jak i MSZ odradzały organizację jakichkolwiek publicznych uroczystości – a czym innym ocena sytuacji, kiedy do niej już doszło.