Przed tygodniem proponowałem w tym miejscu przyjrzenie się temu, jak w przeszłości wyobrażano sobie czasy, w których żyjemy. Dziś spróbujmy przypomnieć sobie przebrzmiałe już mocno krzyki mody. Zwłaszcza jeden, który – słusznie – jeży dziś włosy na głowie.

W pierwszej połowie XX wieku Zachód opanowała moda na radioaktywność. Rad stosowano do produkcji zegarków, pasty do zębów, mydła, zabiegów odmładzających skórę twarzy, a nawet świecących w ciemności radioaktywnych prezerwatyw. Świat zachłysnął się praktycznymi możliwościami płynącymi z odkrycia małżeństwa Curie. I gdyby ktoś wówczas zaczął bić na alarm, ostrzegać przed tragicznymi konsekwencjami tej promieniotwórczej mody, uznano by go pewnie za nieznośnego malkontenta, wroga postępu i nauki. A czerpiące z produkcji zabójczych gadżetów krociowe zyski firmy zrobiłyby wszystko, aby nikt nie potraktował jego słów poważnie. Musiało minąć kilka dekad, podczas których masa krytyczna pojedynczych tragedii i cierpienia urosła na tyle, że promieniotwórczość stała się w końcu passé.

Za kilka dekad podobny los może czekać social media. Ich oddziaływanie jest bardziej wszechobecne niż promieniotwórczych gadżetów. Jeszcze mniej widoczne i bardziej podskórne. Ale czy mniej przez to niebezpieczne dla umysłów, niż promienie radu były dla ciał naszych pradziadków? Mogą im nie tyle zaszkodzić, ile je unieszkodliwić. Dokładnie tak jak robi się to z przeciwnikiem na polu bitwy.

Czytaj więcej

Grupa medialno-społecznościowa Trumpa pozyskała miliard dolarów od inwestorów

Sojusz Północnoatlantycki zdefiniował niedawno nowy typ działań wojennych – cognitive warfare, wojnę poznawczą. Zastąpiła ona starą dobrą propagandę, podobnie jak horrory w 3D wyparły „mrożące krew w żyłach” opowieści przy ognisku. Na celowniku znalazło się już nie to, „co” myślimy, ale to, „jak” to robimy. Było bowiem tylko kwestią czasu, aż armie wykorzystają „know-how” wielkich korporacji opisany precyzyjnie przez Shoshanę Zuboff w książce „Wiek kapitalizmu inwigilacji”. Jeżeli sprzedawcy już nie tyle proponują nam kupno jakiegoś produktu, ile są w stanie sprawić, byśmy pragnęli, bali się, nienawidzili albo kochali w taki sposób, że zapragniemy go i bez żadnej reklamy, to dlaczego wodzowie mieliby nie skorzystać z tej wiedzy? Kontrolować już nie tylko przekaz, ale samego odbiorcę. Unieszkodliwiać przeciwnika już nie na tyłach jego armii, ale w korze mózgowej.

I najważniejsze pytanie: czy do otrzeźwienia potrzebny będzie „internetowy Czarnobyl”?