Skłania Europejski Bank Centralny do masowego dodruku pieniądza (pardon, luzowania ilościowego, bo tak to się dziś w żargonie ekonomicznym nazywa). A w Polsce każe zadać pytanie: czy nasz narodowy bank głęboko nie błądzi, bojąc się dalszych obniżek stóp procentowych i akceptując spadający od połowy zeszłego roku poziom cen?
Przede wszystkim trzeba sobie przypomnieć, na czym polega deflacja. Deflacja to bliźniaczka inflacji. Równie przerażająca, choć stanowiąca jej lustrzane odbicie. Inflacja oznacza, że systematycznie podnosi się poziom cen. Deflacja to coś przeciwnego – presja na ich permanentny spadek. Równie trudny do opanowania i równie niebezpieczny dla gospodarki.
Prawdziwa deflacja pojawia się wtedy, gdy na rynku brakuje popytu i pieniądza. Ponieważ większość producentów nie może obniżać cen w nieskończoność i sprzedawać ze stratą, prawdziwym efektem deflacji staje się wzrost bezrobocia. Aby z tym zjawiskiem walczyć, warto użyć wszelkich narzędzi polityki pieniężnej, w tym również wyklętego w normalnych czasach dodruku pieniądza.
Jeśli popatrzeć na dane, nie mamy wątpliwości: Europę, a także Polskę, opanowała deflacja. W styczniu 2015 r. ceny konsumpcyjne były niższe niż przed rokiem we wszystkich krajach Unii poza Łotwą (tam symbolicznie wzrosły o 0,1 proc.). W Polsce ujemna inflacja wyniosła -1,3 proc. Ratować gospodarkę, wszystkie ręce do drukarek!
W rzeczywistości sytuacja nie jest jednak tak jednoznaczna. W większości krajów Unii główną przyczyną spadku cen były spadające ceny importowanych surowców, zwłaszcza ropy. Twierdzenie, że spadające rachunki za energię, ceny na stacjach paliwowych i koszty transportu są zjawiskiem szkodliwym, wydaje się przesadą (ekonomia nie określa takiego zjawiska mianem deflacji, ale korzystnego szoku podażowego, dobrze wpływającego na gospodarkę).