Robi się to równie monotonne jak konkursy opowiadania dowcipów przez kaukaskich drwali, którzy znając wszystkie, podają już tylko ich numery katalogowe.

W tej monotonii zdarzają się jednak momenty rozrywkowe, takie jak artykuł „Polska droga do recesji” Sławomira Sierakowskiego. To, że opowiada się on za wariantem 2B (wydawać z budżetu – nie wchodzić do strefy euro), jeszcze śmieszne nie jest. Wesoła jest dopiero argumentacja. Opiera się ona na: 16 losowo wybranych cytatach, dwóch błędach rzeczowych i jednym pseudoaksjomacie, w który guru polskiej lewicy zapatrzony jest jak starowierec w ikonostas.

Ów aksjomat dotyczy mnożnikowego działania wydatków budżetowych finansowanych wzrostem długu publicznego. Otóż, żeby była to prawda, popyt pozostałych uczestników rynku: firm i gospodarstw domowych, musi pozostać niezmieniony pomimo wyssania z rynku finansowego kwoty pokrywającej ów dodatkowy deficyt. Pan Sierakowski wie, że tak jest. A skąd wie? Bo „argument ten nie działa w warunkach recesji, zgodnie z teorią: stopa procentowa może wcale nie wzrosnąć lub wzrosnąć nieznacznie, dzięki czemu nie wystąpi negatywne oddziaływanie na inwestycje”. Podejrzewałem, że jest to szyfr, i próbowałem to zdanie czytać także wspak lub co drugie słowo. Mimo to nie udało mi się zrozumieć, dlaczego w sytuacji, w której budżet zabierze pieniądze z banków (od dwóch miesięcy wszystkie wolne środki angażują one w papiery państwowe, a akcja kredytowa wynosi zero), firmy mają utrzymać poziom inwestowania – skąd wezmą na to środki?

Zapewne wyjaśnienie tej kwestii zajmie autorowi „Drogi do recesji” parę chwil. Przy okazji ten czas mógłby wykorzystać na sprawdzenie dwóch kwestii. Primo, ile wynoszą potrzeby pożyczkowe rządu. Pisze bowiem, że: „potrzebujemy 155 mld złotych na opłacenie deficytu, dotacji do FUS oraz zrefinansowanie dotychczasowego długu”, i myli się o – bagatela – 100 mld zł (w innym miejscu pisze jednak: „polski rząd w 2009 roku potrzebuje tylko 3 mld euro do zrefinansowania swojego długu”). I secundo, kto opłaca finansowanie szpitali, bo wbrew temu, co pisze, wydaje mi się, że jednak nie budżet.

Jest bardzo prawdopodobne, że pan Sierakowski nie będzie chciał zaprzątać sobie głowy takimi drobiazgami. Nie zmartwię się tym, pod warunkiem że nie będzie już więcej pisał o ekonomii, ale skoncentruje się na kwestiach, w których jest naprawdę mocny.

[i]Michał Zieliński publicysta ekonomiczny[/i]