Rozwój rynku samochodów używanych jest pożądany i naturalny. Jednak nie w tę stronę, w którą zmierza u nas, oczywiście na przekór trendom w innych krajach UE. Coś jest nie tak, jeśli przeważająca większość, bo ponad 85 proc. nowych rejestracji, to auta z drugiej ręki.

 

W połączeniu z wyliczeniem, że średnia cena sprzedaży takich pojazdów z roku na rok jest coraz niższa, a przeciętny wiek przynajmniej połowy z nich jest większy niż dziesięć lat, daje to obraz niepokojący. Jakkolwiek by naginać rzeczywistość, liczące ponad dekadę auto kosztujące ok. 12 tys. zł najczęściej nie jest już szczytem technicznej doskonałości. A to w bezpośredni sposób przekłada się choćby na bezpieczeństwo na naszych drogach.

 

Niestety, od lat żaden rząd nie zajął się uporządkowaniem indywidualnego importu używanych aut, choćby po to, by opanować falę zalewającego nas autozłomu, wspierając jednocześnie sprowadzanie dobrze wyposażonych, sprawdzonych aut góra kilkuletnich. Z szumnych zapowiedzi nie ostało się nic. Ponieważ podczas kryzysu byliśmy „zieloną wyspą", nie wprowadziliśmy w Polsce programu dopłat złomowych, które wspierały sprzedaż nowych aut w wielu krajach Europy.

A takie rozwiązanie mogłoby poprawić wiekową strukturę naszego rynku samochodowego.

Mamy coraz więcej odcinków dobrych dróg, podniesione limity prędkości na autostradach i ekspresówkach. Tylko sprzęt wciąż jakby nie ten, niestety, co pomału robi się po prostu groźne.