Nie tylko nie gonimy Europy, ale i rośnie u nas bezrobocie oraz emigracja. I wszystko wskazuje na to, że nie jest to dno kryzysu, a najgorsze dopiero przed nami.

Eksperci przewidują, że w tym roku wzrost PKB wyniesie około 1,5 proc., a w I kwartale odnotujemy nawet jego spadek. Jeden kwartał spadku to jeszcze nie recesja, ale dla nas to już prawdziwy kryzys. Czekają więc nas spadek konsumpcji i wzrost bezrobocia. Wszystko to powinno mobilizować naszą klasę polityczną.

Oczekiwałbym jakiegoś planu rządowego, pomysłów opozycji i starań o to, by kryzys był możliwie płytki i krótki. Tymczasem dziś najważniejszą sprawą w Sejmie i mediach są związki partnerskie. Nawet tak prosta sprawa jak reorganizacja sądów przeprowadzana w celu racjonalizacji kosztów wywołuje wśród polityków protesty (nawet w koalicji rządowej), choć dla przeciętnego obywatela nie powoduje żadnych utrudnień.

Mam wrażenie, że uwaga opinii publicznej jest odwracana od najistotniejszych spraw decydujących o naszej przyszłości. Zamiast dywagować, kto z kim i gdzie śpi, wolałbym, by Sejm stworzył szybką ścieżkę legislacyjną dla tych nielicznych projektów ustaw, które pozwolą przetrwać nam kryzys. Czekamy na działania przereklamowanych Inwestycji Polskich.

Może nadszedł też czas, by ruszyć z akcją promocji eksportu. Większość polskich firm – i to tych najlepszych – nie była do tej pory zainteresowana ekspansją zagraniczną, koncentrowała się na polskim rynku. Może gdy ludzie tracą pracę i coraz mniej kupują, uda się jednak polskich producentów zainteresować zagranicą. Trzeba jednak ich w tym wesprzeć – promować kraj, dostarczyć kontaktów.

Jest wiele możliwości. Wszystko wskazuje jednak na to, że rząd Donalda Tuska czeka na pozytywne skutki reform w Niemczech. Tam pojawiają się już pierwsze oznaki ożywienia, które mogą pomóc i naszym firmom.Czekanie to najlepiej opanowana przez polski rząd metoda – ministrowie się nie męczą, a na koniec jeszcze wypłacą sobie premie za sukces, który zawdzięczać będziemy sąsiadom zza Odry