Deweloperom sprzyja rosnący popyt na mieszkania, względnie tanie kredyty hipoteczne, malejące bezrobocie, ale przede wszystkim inwestorzy skupujący za gotówkę lokale na wynajem.

Eksperci podkreślają tymczasem, że firmy nie nadążają już z budową nowych osiedli, nie wytrzymując morderczego tempa narzuconego przez chłonny rynek. Sami deweloperzy w kolejnych raportach chwalą się rosnącą sprzedażą. Rekord pobity o 10, 20, 50 procent – tak zaczynają się komunikaty spółek.

Zapotrzebowanie na mieszkania szybko nie zmaleje, bo braki są ogromne. Wciąż też Polacy mieszkają bardzo ciasno. Na jedną osobę przypada u nas średnio 25 mkw. mieszkania (w Warszawie – 36 mkw.), podczas gdy średnia w Europie Zachodniej to 44 mkw. Nic, tylko budować i zarabiać. Biznes jest jednak bardzo trudny, a zyski nie zawsze możliwe do oszacowania.

Od zakupu działki do uzyskania pozwolenia na budowę mija nawet kilka lat. Sama budowa osiedla pochłania półtora roku–dwa lata. W tym czasie koniunktura na rynku może się dramatycznie zmienić. Znane są przykłady przerabiania projektów mieszkaniowych na biurowe.

Rosnąca sprzedaż mieszkań nie zawsze oznacza też rosnące zyski. I tak na przykład wrocławska spółka Vantage Development po trzech kwartałach 2016 roku chwaliła się, że liczba przekazanych klientom mieszkań wzrosła o 15 proc. Przychody firmy spadły jednak o 21 proc. Takich przykładów jest więcej. Firmy często prowadzą inwestycje wspólnie z innymi podmiotami (joint-venture), z którymi trzeba się podzielić zyskami.

O tym, jak dużo firma zarabia, bardziej niż liczby sprzedanych mieszkań mówią raczej sprzedane metry kwadratowe.