Jeden z największych polskich deweloperów wstrzymał właśnie budowę osiedla mieszkaniowego na warszawskim Mokotowie, bo błyskawicznie zmieniły się przepisy o odrolnieniu gruntów w miastach. Zmianę wprowadzono bez żadnego okresu przejściowego.
– Dla inwestorów i urzędników była więc ogromnym zaskoczeniem – twierdzi radca prawny Bogdan Dąbrowski z Urzędu Miasta w Poznaniu.
Przez ostatnie pięć lat firmy budowlane nie miały problemów z inwestycjami na terenach rolnych w miastach dzięki szumnie uchwalonym kiedyś przepisom o usuwaniu barier dla biznesu.
Rząd znowu jednak wprowadził restrykcyjne regulacje ze względu na ochronę środowiska. Jak wynika z uzasadnienia projektu, chciał zapobiec degradacji gruntów rolnych w miastach oraz pomóc w ich rekultywacji. Stąd dodatkowe formalności i koszty.
Dla deweloperów i prawników odrolnianie gruntów w miastach to zbędna biurokracja, która wydłuża czas załatwiania formalności budowlanych.
Ustawodawca mógł w ten sposób naruszyć konstytucyjną zasadę bezpieczeństwa obrotu prawnego.
– Nikt nie będzie w Warszawie czy Poznaniu nastawiał się na wieloletnią uprawę zboża czy porzeczek. Tereny miejskie przeznaczone są ze swej istoty pod inwestycje – uważa adwokat Stefan Jacyno, partner w Kancelarii Wardyński i Wspólnicy.
Według mec. Jacyno, jeżeli rząd chce chronić tereny zielone przeznaczone pod rekreację, to ma też inne przepisy.
Tymczasem grunty rolne stanowią prawie 40 proc. powierzchni miast. Można je znaleźć w takich aglomeracjach jak Warszawa, gdzie jest ich 15 tys. ha. Najbardziej „wiejskie" dzielnice stolicy to: Białołęka, Wawer i Wilanów. W Krakowie ziemię rolną można znaleźć m.in. na Woli Justowskiej, ma ją także Poznań.
Odrolnienie zniesiono zaledwie cztery lata temu. Był to jeden z większych sukcesów sejmowej Komisji „Przyjazne państwo". Komisji udało się przeforsować zmianę, dzięki której do ziemi rolnej w granicach administracyjnych miast przestano od 1 stycznia 2009 r. stosować ustawę o ochronie gruntów rolnych i leśnych.