Korespondencja z Kataru

Wiedzieliśmy, że to będzie wydarzenie większe niż futbol, piłkarze wybiegli na boisko rozegrać najbardziej polityczne spotkanie mundialu. A właściwie tylko przenieść go na murawę, bo mecz rozpoczął się wcześniej.

Może podczas konferencji prasowej, kiedy irańscy dziennikarze próbowali przekonywać, że zamieszki w ich kraju nie różnią się od akcji Black Lives Matter czy ruchu żółtych kamizelek, bo wszędzie na świecie istnieją antyrządowe głośne mniejszości. Może przed meczem z Anglikami, gdy piłkarze nie zaśpiewali hymnu. A może jeszcze przed wyjazdem na mundial, gdy niektórzy zaczęli otwarcie mówić o prawach kobiet i popierać antyrządowe protesty, w których zginęło już kilkaset osób.

Tym razem reprezentanci Iranu zaśpiewali - a może raczej wymruczeli - hymn, podobnie jak kilka dni wcześniej przed spotkaniem z Walijczykami. Zapewne w trosce o rodziny, bo według CNN zostali zastraszeni. Oni więc mruczeli, a z trybun płynęły gwizdy.

Głośno było też pod stadionem. Kibice wystrojeni w irańskie flagi zapewniali, że dopingują piłkarzy, bo kochają swój kraj, a reprezentacja nie jest własnością reżimu. - Jestem zaskoczony, że Zachód niczego nie robi, zostawił nas samych sobie - perorował jeden z kibiców, zanim zaczął śpiewać: „Kobiety, życie, wolność”. Panie wolałby się nie wypowiadać. Może w obawie przed skrytymi w tłumie wysłannikami rządu, o których pisał dzień wcześniej „The Athletic”.

Rywalizacja piłkarzy zeszła na dalszy plan, choć przecież stawką był awans do 1/8 finału mistrzostw świata. Oglądaliśmy zacięty, żywy mecz, ale walka toczyła się głównie w środku pola. Częściej przy piłce byli Amerykanie, którzy swego dopięli przed przerwą.

Podanie z lewego skrzydła zamknął Sergino Denst, który zagrał głową do wbiegającego między obrońców Christiana Pulisicia, a zawodnik Chelesa Londyn wepchnął ją do siatki. To był sygnał, Amerykanie poszli za ciosem. Najpierw Josh Sargent oraz Cameron Carters-Vickers wykazali się przesadną przyjaźnią i przez nadmiar podań zmarnowali sytuację dwóch na dwóch, a kilka chwil później Timothy Weah trafił do siatki, ale był na niewielkim spalonym.

Trener Gregg Belhalter posłał na boisko najmłodszą jedenastkę turnieju, średnia wieku zawodników z podstawowego składu Amerykanów wyniosła niespełna 25 lat. Nie przeszkodziło to im w grze odpowiedzialnej. Irańczycy pierwszy strzał oddali dopiero w 52. minucie.

Zawodnicy Carlosa Queiroza jeszcze próbowali: swoje szanse mieli Saman Ghoddos oraz Morteza Pouraliganji, ale więcej goli już tego wieczoru na stadionie Al Thumama nie było. Amerykanie zwyciężyli i po ośmiu latach znów zagrają w 1/8 finału mistrzostw świata - 3 grudnia o 20:00 zagrają z Holendrami. Wyglądają na drużynę bez granic, na pewno nie są bez szans. Irańczycy wracają tymczasem do kraju. Nie wiadomo, jaki los ich tam czeka.