Komendant policji zaplanował morderstwo

Prokuratura podejrzewa, że szef warszawskiego komisariatu zastrzelił przedsiębiorcę. Rusza jego poszlakowy proces

Publikacja: 07.10.2012 12:00

W najbliższy piątek na ławie oskarżonych Sądu Okręgowego dla Warszawy-Pragi zasiądzie 43-letni emerytowany komendant policji w warszawskiej dzielnicy Białołęka. Prokuratura jest pewna, że Mariusz W. zastrzelił Dariusza Sołowińskiego, przedsiębiorcę spod Ciechanowa, a następnie próbował zacierać ślady. Motywem zbrodni miały być finansowe kłopoty policjanta.

Nie ma jednak bezpośrednich sprawców zabójstwa, nie wiadomo, gdzie doszło do zbrodni, a podejrzany się nie przyznaje. Proces będzie miał charakter poszlakowy.

Saper z kontrolą nad otoczeniem

Mariusz W. jest z wykształcenia technikiem elektrykiem, służąc w wojsku, wyjechał na misję ONZ na Wzgórza Golan. Był saperem. Do policji wstąpił w 1991 roku. Od początku 2010 roku pełnił funkcję komendanta komisariatu na Białołęce.

Jednocześnie od kilkunastu lat jego żona prowadziła firmę sprzedającą odzież. Małżonkowie mieli dwa sklepy w pawilonie handlowym w Legionowie, podnajmowali je od żony Sołowińskiego. Z zeznań świadków wynika, że w rzeczywistości to policjant dbał o interes – prowadził sprawy finansowe i biznesowe.

W 2010 roku firma przyniosła ok. 30 tys. zł straty. Jak zeznali w prokuraturze znajomi W., zresztą policjanci, od dłuższego czasu komendant pożyczał od nich pieniądze, planował też wzięcie kredytu.

Jeden z biegłych tak scharakteryzował Mariusza W.: „Miał przekonanie, że ma kontrolę nad otoczeniem i swoim życiem". W innym miejscu napisał: „Pieniądze są dla niego wyrazem statusu oraz środkiem do budowania i podtrzymywania własnej wartości".

Dariusz Sołowiński miał 52 lata, był właścicielem firmy handlującej materiałami biurowymi. Mieszkał w gminie Ojrzeń koło Ciechanowa. Nie miał długów. W imieniu żony zajmował się kontaktami z najemcami pawilonu w Legionowie, a także księgowością.

Podwładni byli zdziwieni

Prokuratura przypuszcza, że Mariusz W. przygotowywał się do dokonania zabójstwa. Wskazuje na to sekwencja poprzedzających je zdarzeń. – Układa się ona w nadzwyczaj logiczny łańcuszek poszlak – mówi jeden ze śledczych.

8 lutego 2011 roku Sołowiński spotkał się z Mariuszem W. Biznesmen po powrocie do domu powiedział żonie, że W. zapłaci czynsz z opóźnieniem, ale także iż policjant niebawem przedstawi mu przedsiębiorcę, który być może wynajmie nieruchomość na 10 lat i zapłaci z góry. W. miał być pośrednikiem w przeprowadzeniu tej transakcji. Tego samego dnia Mariusz W. wypłacił z konta firmy żony 10 tys. zł. Nie wiadomo, co się z tymi pieniędzmi stało.

10 lutego Mariusz W. wydał dyspozycje podległym sobie policjantom, aby do 1 marca wyczyścili całą broń znajdującą się w magazynie. Utrzymywał, że niebawem część pistoletów starego typu P-64 miała zostać wycofana z użytku.

11 lutego W. przyjechał w południe do komisariatu. Policjanci byli zdziwieni, bo tego dnia miał mieć wolne. Komendant kazał podwładnemu oddać pistolet. Nie wyjaśnił dlaczego. Wziął broń i wyszedł.

Tego samego dnia Sołowiński swoim nissanem pojechał do Legionowa spotkać się z W. Mieli razem jechać do Skrzeszewa na spotkanie z biznesmenem zainteresowanym kupnem nieruchomości.

Ze sklepu Mariusza W. wyszli po zmroku. Wtedy po raz ostatni Sołowiński był widziany żywy. Jak ustalili potem śledczy, W. nie miał przy sobie telefonu komórkowego. Dlatego na podstawie analiz logowania komórki do stacji bazowej BTS nie można było ustalić, gdzie przebywał.

Co się stało później? Zdaniem śledczych W. zastrzelił Sołowińskiego (dwa strzały w głowę i dwa w plecy), a następnie w okolicach miejscowości Kałuszyn koło Legionowa spalił zwłoki.

Tego samego dnia wieczorem ponownie pojawił się w komisariacie. Chciał oddać broń do magazynu. Policjantowi kazał wpisać do ewidencji, że pistolet zwrócił kilka godzin wcześniej niż w rzeczywistości. Mundurowy mimo oporów wykonał jego polecenie i sfałszował wpis w księdze. Do domu W. został odwieziony radiowozem.

Zaniepokojona żona biznesmena jeszcze w nocy zadzwoniła do Mariusza W. Ten twierdził, że nie wie, co się stało z Sołowińskim. Utrzymywał, że zapłacił mu 14 tys. zł czynszu.

12 lutego żona biznesmena zawiadomiła policjantów w Ciechanowie o zaginięciu męża, powiedziała im, z kim miał się spotkać.

Policja niewiele jednak zrobiła w tej sprawie, więc w poszukiwania zaangażowała się Fundacja Itaka. Na jej stronie internetowej pojawił się komunikat o zaginionym.

Policja wyczyściła broń

Zdaniem policjantów z białołęckiego komisariatu Mariusz W. po 11 lutego dziwnie się zachowywał. „Miał słowotok. Twierdził, że jest obryty w balistyce" – określił jego zachowania jeden z przełożonych. Komendant  dopytywał się swoich policjantów, jakie dane wpisywane są do policyjnej bazy w przypadku zaginięcia. Czy w bazie tej mogą się znaleźć łuski znalezione na miejscu przestępstwa. „Byliśmy zdziwieni, że komendant tego nie wie" – zeznał potem jeden z mundurowych.

W. poprosił ich też, aby sprawdzili w bazie danych auto zaginionego – utrzymywał, że tym pojazdem może poruszać się handlarz narkotyków.

Pistolet, który „pożyczył" W., został wyczyszczony, a dodatkowo ktoś uszkodził pilnikiem jego lufę. Tak jakby chciał uniemożliwić dopasowanie łusek do tego egzemplarza broni.

Alibi miał komendantowi dać znajomy Piotr M. – Mariusz W. przez kilka tygodni namawiał go do tego, aby potwierdził, że w dniu zbrodni był z nim i przywiózł go do komisariatu.

16 marca 2011 r. na prywatną posesję w Kałuszynie pies przyniósł ludzką rękę. O makabrycznym znalezisku zawiadomiono policję. Wtedy jeszcze nie było wiadomo, do kogo ręka należała.

Tego samego dnia na parkingu przy ul. Modlińskiej znaleziono samochód Sołowińskiego. W środku była m.in. kartka z nazwiskiem biznesmena, z którym miał się spotkać, a także telefon komórkowy z wyjętą baterią. To uniemożliwiło sprawdzenie, gdzie telefon logował się do stacji bazowej BTS, czyli gdzie przebywał poszukiwany od kilku dni przedsiębiorca.

Na miejsce znalezienia samochodu przyjechał W.

Dwa dni później poszukiwacze militariów natknęli się w lesie niedaleko Kałuszyna na kolejne fragmenty zwłok człowieka. Przy szczątkach głowy, lewej ręce, stopie znajdowała się m.in. obrączka i zegarek. Ciało było częściowo spalone, a także naruszone przez leśną zwierzynę. Biegły orzekli, że do ofiary oddano kilka strzałów.

Po kilkunastu godzinach policjanci stwierdzili, że mogą być to szczątki biznesmena spod Ciechanowa. Badania DNA potwierdziły, że to jego zwłoki.

Śledczy sięgnęli do zgłoszenia o zaginięciu Dariusza Sołowińskiego. Już po pierwszym przesłuchaniu żony przedsiębiorcy wiedzieli, z kim się spotykał. Poszli tym tropem. Zaczęli przesłuchiwać podwładnych Mariusza W. Dowiedzieli się, że brał broń z komendy, interesował się losami zaginionego. Nie bez znaczenia było i to, że zwłoki znaleziono w pobliżu działki rekreacyjnej należącej do rodziców W.

Mariusz W. dopytywał się podwładnych, co zeznali w czasie przesłuchania w wydziale terroru kryminalnego i zabójstw Komendy Stołecznej Policji. Wydawał się jednak pewny siebie, jednemu z policjantów powiedział: „Ja mam alibi".

22 marca W. został odwołany z funkcji komendanta komisariatu. A 24 marca zatrzymano go. Usłyszał zarzut zabójstwa, nie przyznał się do winy. W czasie pierwszego przesłuchania twierdził, że pomawiają go podwładni. Utrzymywał, że interesował się sprawą zaginięcia Sołowińskiego, bo go znał i w ten sposób chciał pomóc jego żonie. Zaprzeczył, aby pobrał broń z magazynu w dniu dokonania zabójstwa. Twierdził, że wypłacił przedsiębiorcy pieniądze za czynsz.

W czasie kolejnych przesłuchań milczał.

Choć broń została wyczyszczona, w czasie badań balistycznych eksperci stwierdzili, że oddawano z niej strzały. Na butach Mariusza W. były fragmenty ściółki z miejsca znalezienia zwłok.

Zapomniał o kartach

W. był zamieszany w jeszcze inną dziwną historię, choć nie tak tragiczną jak zabójstwo biznesmena.

Sprawa wyszła na jaw miesiąc po zatrzymaniu W. 15 kwietnia 2011 r. w jego prywatnym citroenie na parkingu podziemnym pod mieszkaniem W. w Legionowie policjanci znaleźli wypełnione karty do głosowania na prezydenta Warszawy w wyborach 2010 roku.

Dopiero trzy miesiące po odnalezieniu tych dokumentów prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie oszustwa wyborczego.

Skąd wzięły się karty w aucie byłego komendanta? Szefowa komisji wyborczej, z której pochodziły zeznała, że w dniu głosowania po sporządzeniu protokołów wszystkie paczki zabrali policjanci z białołęckiego komisariatu. Mieli je przewieźć do urzędu dzielnicy do archiwum. – Być może policjanci nie rozładowali dokładnie radiowozu i zostawili paczkę w aucie, a rano oddali ją komendantowi – zastanawia się jeden ze śledczych.

Mariusz W. początkowo milczał w sprawie kart. Później wyjaśnił, że zawieruszyły się, gdy po zakończeniu wyborów policjanci przewozili je z komisji do archiwum. Jak mówił, odnalezioną paczkę funkcjonariusze przekazali jemu, a on o niej zwyczajnie zapomniał. W grudniu 2011 roku Prokuratura Okręgowa umorzyła sprawę kart.

– Prokurator badający sprawę uznał, że zaginięcie tych kart nie miało wpływu ani na ważność wyborów, ani na ich wynik, ponieważ nastąpiło to już po przeliczeniu kart i sporządzeniu protokołu – tłumaczyła Renata Mazur, rzeczniczka praskiej Prokuratury Okręgowej.

Ale, jak wiemy, W. ma na głowie znacznie większy problem niż śledztwo w sprawie kart. Jeśli sąd uzna, że ciąg poszlak wskazuje, iż to on zabił Dariusza Sołowińskiego, byłemu komendantowi policyjnego komisariatu grozi nawet dożywocie.

masz pytanie, wyślij e-mail do autorów

j.blikowska@rp.pl

,

m.kozubal@rp.pl

Kraj
Śląskie samorządy poważnie wzięły się do walki ze smogiem
Kraj
Afera GetBack. Co wiemy po sześciu latach śledztwa?
śledztwo
Ofiar Pegasusa na razie nie ma. Prokuratura Krajowa dopiero ustala, czy i kto był inwigilowany
Kraj
Posłowie napiszą nową definicję drzewa. Wskazują na jeden brak w dotychczasowym znaczeniu
Kraj
Zagramy z Walią w koszulkach z nieprawidłowym godłem. Orła wzięto z Wikipedii