Reklama

Żukowski: Upadek z wielbłąda

Sebastian Coe twierdzi, że właśnie skończyły się wspaniałe lekkoatletyczne mistrzostwa świata, a to znaczy, że upał w Katarze był dla niego groźniejszy niż dla maratończyków i chodziarzy.

Aktualizacja: 07.10.2019 20:50 Publikacja: 07.10.2019 19:37

Sebastian Coe

Sebastian Coe

Foto: AFP

Szef Światowej Federacji Lekkoatletycznej (IAAF) powiedział to, w co tylko poddani Tamima ibn Hamada al-Saniego muszą uwierzyć, ale do nas władza emira nie sięga i możemy śmiało zapytać lorda Coe, z jak wysokiego w Katarze spadł wielbłąda, by mówić takie rzeczy.

Mistrzostwa były kolejnym dowodem, że historia, rozsądek i szacunek dla sportowców nie liczą się zupełnie w starciu z gazodolarami. Maratończycy i chodziarze mdleli w upalną noc, klimatyzowany stadion przez większość mistrzostw był pusty, a sportowców zakwaterowano w fatalnych warunkach. Tylko to ostatnie jest niespodzianką, bo zwykle, gdy szejkowie kupili już sobie jedną ze sportowych zabawek zachodniego świata, dbali o to, by pokazać nam, że ich gościnność nie kończy się na pokładach samolotów linii Qatar Airlines. Tym razem – chyba pierwszy raz – okazało się, że gospodarzom nie zależy na tym, z jakimi wrażeniami wyjadą od nich sportowcy i co napisze światowa prasa. Zadowolony miał być Sebastian Coe i jak widać to się udało.

Dobry humor szefa IAAF jest trudny do zrozumienia także z kilku innych powodów. Właśnie podczas mistrzostw w Katarze Amerykańska Agencja Antydopingowa (USADA) zakazała jakiejkolwiek aktywności w sporcie sławnemu trenerowi długodystansowców Alberto Salazarowi, którego podopieczni odnosili w Dausze wielkie sukcesy. Został on ukarany na podstawie zeznań zawodników, z których wynika, że zachęcał ich do dopingu.

Salazar to były wybitny biegacz – fanatyk, który przed igrzyskami w Los Angeles (1984) zamykał się w garażu i włączał silnik auta, by przyzwyczaić się do wysiłku w zanieczyszczonym powietrzu Kalifornii. Afera nie jest nowa, zbieranie dowodów trwało kilka lat i szef USADA Travis Tygardt obiecuje wkrótce dalsze rewelacje.

Salazar pracował w ramach Nike Oregon Project, a Coe był długo na pensji w firmie Nike, co też humoru nie powinno mu poprawiać. I jakby tego było mało, wkrótce w Paryżu ma się rozpocząć proces jego poprzednika na stanowisku szefa IAAF Lamine Diacka oskarżonego o korupcję (Coe był wówczas zastępcą Senegalczyka i nazywał go swoim duchowym ojcem). To wszystko powinno raczej skłaniać do krytycznej refleksji, a nie przesadnej satysfakcji. Być może wynika ona z tego, że tuż przed mistrzostwami w Katarze Coe został jednogłośnie wybrany na kolejną kadencję, a potem w Dausze padło wiele świetnych wyników.

Reklama
Reklama

Ale to nie oznacza, że mistrzostwa świata były sukcesem, a lekkoatletyka ma się dobrze. Tym bardziej, że kolejne MŚ za dwa lata odbędą się w Eugene, gdzie swą globalną siedzibę ma koncern Nike, wieloletni dobroczyńca Salazara. To dość, by rozbolała głowa, ale jak widać nie brytyjskiego lorda.

Komentarze
Donald Tusk się wścieknie? Polsce 2050 może grozić rozłam
Komentarze
Jacek Nizinkiewicz: Azyl dla Zbigniewa Ziobry i jego żony potwierdza, że PiS może się bać rozliczeń
Komentarze
Bogusław Chrabota: Podzwonne dla Szymona Hołowni, Polska 2050 zniknie. Co było jej grzechem nr 1?
Komentarze
Artur Bartkiewicz: Polska 2050 wybiera swój koniec. Ma rozwiązanie złe i złe
Komentarze
Estera Flieger: W sprawie bezpieczeństwa Polski nie ma miejsca na teatr
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama