Wyciągnięcie przez Jarosława Kaczyńskiego niemieckiej karty z talii rozmaitych strachów, które mają przyprawić Polaków o szybsze bicie serca, może być próbą odwrócenia uwagi od wewnętrznych emocji targających partią, które w ostatnim czasie mogli obserwować wszyscy użytkownicy serwisu X. Wymiana ciosów między harcerzami Mateusza Morawieckiego, a „maślarzami” ze szczególnym akcentem na środowisko dawnej Suwerennej Polski osiągnęła taką skalę, że wracający do zdrowia po przebytej infekcji Jarosław Kaczyński musiał zaangażować w sprawę swój autorytet i zagrozić, że zabierze swoim podopiecznym zabawki oraz przegna ich z piaskownicy (czytaj: z list PiS) jeśli nie powściągną emocji. Mleko zdążyło się jednak wylać, wszyscy znów zobaczyli, że źle się dzieje w księstwie przy Nowogrodzkiej, a obie strony sporu ciągną tak mocno w przeciwne strony, że w końcu materiał może pęknąć.
Czytaj więcej
- Przypominam, że Niemcy są naszym sojusznikiem - tak w Sojuszu Północnoatlantyckim, jak i członk...
Na czym polega problem z antyniemiecką szarżą Jarosława Kaczyńskiego
Kaczyński przystąpił więc do kontrataku, biorąc na cel swoich ulubionych wrogów: UE i Niemcy. Okazją do tego jest oczywiście spór o program SAFE, ale atak prezesa PiS wykroczył znacznie poza ocenę tego unijnego instrumentu, skoro usłyszeliśmy, że Niemcy są państwem postnazistowskim, które powinno „siedzieć w kącie i przepraszać, że żyje”, a nie, jak przekonuje prezes PiS, knuć na temat przejęcia władzy w Europie. Niemiecki dżin został więc wypuszczony z pudełka, by skupić wyborców wokół PiS-u lubiącego obsadzać swojego głównego rywala z KO w roli „partii niemieckiej”.
Większa jest szansa, że wrzucając na agendę temat niemieckiego knucia Kaczyński jeszcze bardziej wzmocni swoich prawicowych radykałów, niż to, że odnajdzie zgubionych wyborców PiS
Problem PiS polega na tym, że partia ta – jeśli chodzi o tak radykalnie antyniemiecki i antyeuropejski przekaz – doczekała się godnych naśladowców, przede wszystkim w postaci Konfederacji Korony Polskiej, choć i Konfederacja potrafi grać na tej nucie. I w odróżnieniu od PiS, oba te ugrupowania są w takiej retoryce znacznie bardziej wiarygodne. Przede wszystkim dlatego, że żadne z nich jeszcze nie rządziło, nie mieli więc szansy sprawdzać swojego radykalizmu w praktyce. Tymczasem PiS miał na to osiem lat – i przez znaczną część tego okresu miał jednak twarz Mateusza Morawieckiego, polityka dalekiego od euroentuzjazmu, ale dalekiego też od antyeuropejskiej histerii. Co gorsza, to Morawiecki był tym, który zgodził się na zasadę warunkowości, którą PiS teraz tak mocno atakuje przy okazji programu SAFE. A Morawiecki w PiS nadal przecież jest i raczej nie daje o sobie zapomnieć.