Jesteśmy po obu stronach Atlantyku, na wschód od Uralu i na południe od Tien-szan. W Indiach, Chinach i Maghrebie. W Rosji i Polsce; wszędzie, gdzie przebiega i boleśnie wykrwawia nas spór wolności słowa i ekspresji artystycznej z fundamentalizmem, który przebierając się w szatki tradycjonalizmu, uderza zarówno w ewangeliczną, jak i oświeceniową kategorię wolności.

Czytaj więcej

Po zamachu Salman Rushdie zdobędzie Nagrodę Nobla?

Rushdie jest ofiarą muzułmańskiej fatwy. Nałożył ją osobiście na pisarza tuż przed śmiercią lider irańskiej rewolucji ajatollah Ruhollah Chomeini. Mimo że minęły dziesięciolecia i rzekome bluźnierstwo „Szatańskich wersetów” zostało w świecie islamskim wielokrotnie zakwestionowane, autorytet Chomeiniego jest wśród szyitów na tyle wielki, że nikt jego osobistych decyzji nie ośmieli się podważyć. Bez wątpienia były inspiracją i wskazówką dla atakującego w amerykańskim Chautauqua Libańczyka, podobnie jak dla gloryfikującej jego czyn irańskiej prasy.

Czytaj więcej

„Szatańskie wersety” a sprawa polska

Pomińmy ów obrzydliwy entuzjazm. Jak na dłoni widać tu fundamentalne różnice kulturowe; nigdy cywilizacji, której jesteśmy częścią, nie będzie po drodze z tymi, którzy fetują terroryzm i czczą terrorystów. Ważniejsza jest inna obserwacja. Czy efekt uboczny zamachu na Rushdiego, jakim jest eksplozja popularności jego książek, da muzułmanom do myślenia? Czy zrozumieją, że takie ataki tylko nagłaśniają zwalczane przez zamachowców idee? Nie miałbym w tej kwestii złudzeń; nienawiść do człowieka, w tym wypadku autora i jego dzieła, rozgrywa się w innych rejestrach psychiki niż pragmatyka myślenia o społecznych skutkach takich czynów.

Czytaj więcej

Salman Rushdie ugodzony nożem podczas wykładu

Nienawiść to uczucie pierwotne; zło w najczystszej postaci. Nieracjonalne i spoza wszelkich statystyk. To jego ofiarą jest Rushdie. Ale nie on jeden. Historia zna setki przypadków twórców prześladowanych za swą twórczość. To ofiary Hitlera i Stalina; Breżniewa, Franco i Mao Zedonga. Jednym pozwalano żyć na emigracji, jak Sołżenicynowi, Brodskiemu czy Zinowiewowi, innych – jak Mandelsztama, Lorcę czy Markowa – mordowano. Jeszcze innych – jak chińskiego noblistę Liu Xiaobo – trzymano przez lata w domowym areszcie. To bracia bliźniacy Rushdiego. Ludzie, którzy mieli odwagę mówić inaczej, niż chciały totalitarne czy „tylko” autorytarne reżimy.

Wszystkim, bez względu na indywidualne, niekiedy dramatyczne losy, historia przyznała rację. Przeszli do historii jako symbole; ludzie wolności. Niech to memento zabrzmi dziś głośno na Kremlu. Ale i na dworze Jarosława Kaczyńskiego. Walka z wolnością słowa, prasy czy artystów – jest z góry przegrana. Wolny świat zawsze będzie się identyfikował bardziej z prześladowanymi niż ich katami. Dlatego trzeba dziś w imię wolności powiedzieć głośno: nazywam się Salman Rushdie. Nigdy mnie nie złamiecie, nigdy nas nie złamiecie.