Na początku lat dziewięćdziesiątych do warszawskiej księgarni wszedł młody człowiek, z krótkim czarnym zarostem, o śniadej cerze, a może po prostu opalony, w długim czarnym płaszczu. - Czy jest książka Salmana Rushdiego? - spytał, nie podając jej tytułu. Wywołał przerażenie wśród księgarzy i klientów.

Rozpowszechnianie „Szatańskich wersetów” Rushdiego wiązało się z dużym ryzykiem. W pierwszym polskim wydaniu z 1992 roku nie ma nazwiska tłumacza ani nazwy wydawnictwa, tylko mętna informacja po angielsku, że książkę złożono i wydrukowano w EWG, poprzedniczce Unii Europejskiej.

Czytaj więcej

Irańskie dzienniki chwalą atak na Salmana Rushdiego

Ostrożność była zrozumiała, rok wcześniej japoński tłumacz Hitoshi Igarashi zapłacił za pracę nad książką życiem, a włoski, Ettore Capriolo, został ciężko ranny.

Dla mojego pokolenia, wchodzącego w dorosłe życie w Polsce w latach osiemdziesiątych, wściekłość tysięcy muzułmanów, którzy wylegli na ulice azjatyckich miast, a zwłaszcza fatwa irańskiego najwyższego przywódcy zachęcająca do zabicia Rushdiego i wszystkich zaangażowanych w wydanie „Szatańskich wersetów”, były szokiem. Znaliśmy cenzurę, próbowaliśmy ją ominąć. Ale nawoływanie do zabicia pisarza, bo napisał powieść - to się nie mieściło w głowie. To było coś z innego świata.

Nadal się nie mieści, wciąż jest z innego świata.

Przez następne lata wiele razy mieliśmy na świecie do czynienia ze wzburzeniem, nie tylko muzułmanów, na dzieła, które ich zdaniem były obrazoburcze, uderzały w ich wiarę, świętości. Przeciwko karykaturom Mahometa burzyły się miliony wyznawców islamu, z ich powodu zginęli artyści, dziennikarze, nauczyciel. Wielekroć się przekonaliśmy, jak wysoka może być cena wolności słowa. A także stawialiśmy sobie pytanie, czy jednak nie brać pod uwagę skutków, które mogą wywołać publikacje uznawane przez niektórych za śmiertelnie obraźliwe. Zachód jest dzisiaj wobec muzułmańskich świętości bardziej ostrożny.

Salman Rushdie w Polsce - 2006 rok, konferencja prasowa w siedzibie Agora S.A.

Salman Rushdie w Polsce - 2006 rok, konferencja prasowa w siedzibie Agora S.A.

Fotorzepa/ Darek Golik

Ale nadal jest zaskakiwany, jak teraz, gdy doszło do zamachu na uczestniczącego w literackiej imprezie w USA Salmana Rushdiego. Ponad trzy dekady po wydaniu fatwy przez Chomeiniego ktoś chce odebrać życie pisarzowi - to pierwsza myśl, która mi przyszła do głowy. Gdy okazało się, że zamachowiec urodził się dekadę po wydaniu fatwy, kolejna: to przechodzi z pokolenia na pokolenie. Trzecia: to jest raczej trudna, a na pewno długa powieść, a nie prosta karykatura. Dlaczego „Szatańskie wersety” wywołały chęć zabicia autora i wszystkich, którzy przyłożyli rękę do ich rozpowszechniania? Wcześniejsza książka Salmana Rushdiego był nawet z sukcesem wydana w Iranie, tym porewolucyjnym.

Sam zresztą nie uważał, żeby „Szatańskie wersety” „była jakoś szczególnie krytyczne wobec islamu”. Czy wystarczył sam tytuł? Nawiązywał do zmienionych wersetów koranicznej sury „Gwiazda”, zmienionych, bo podważających monoteizm islamu.

Gdy ajatollah Chomeini wydał wyrok śmierci, Rushdie zakładał, że pożyje kilka dni, nie więcej niż dziesięć. Potem był jednym z najbardziej chronionych ludzi na świecie, skazanym na ukrywanie się, unikanie kontaktów. Z czasem środki ostrożności się rozluźniły.

Rushdie przeżył piątkowy zamach, jego stan się powoli poprawia - nadchodzą pocieszające wieści z Ameryki. Nadchodzą też deklaracje ważnych postaci Zachodu, że Rushdie jest nieustraszonym symbolem wolności słowa.

Gdy ajatollah Chomeini wydał wyrok śmierci, Rushdie zakładał, że pożyje kilka dni, nie więcej niż dziesięć

I tak właśnie jest. Może nawet szczególnie dla nas, mieszkańców naszej części Europy w czasie morderczej eksplozji rosyjskiego nacjonalizmu. Rushdie w swojej autobiografii „Joseph Anton” opisał spotkanie imigracyjnych pisarzy z bloku wschodniego. Byli na nim m.in. Czesław Miłosz, Adam Zagajewski, Danilo Kiš, Péter Esterházy, Josef Škvorecký, a także grupa literatów rosyjskich, w tym Josif Brodski. Doszło do wielkiego starcia między wyrywającą się ku wolności Europą Środkową a moskiewską hegemonią. Rosjanie sugerowali, że jeżeli pisarzy niepokoi rosyjska armia, to „zawsze mogą znaleźć schronienie w swojej wyobraźni”.

„Brodski zapewnił, w niemal komicznie kulturowo-imperialistyczny sposób, że Rosja jest w trakcie rozwiązywania własnych problemów, a gdy się z nimi upora, wszystkie problemy Europejczyków z Europy Środkowej też zostaną rozwiązane”. To ten sam Brodski, podkreślił Rushdie, który po wydaniu fatwy przez Chomeiniego dołączył do tych, którzy uważali, że sam ją sprowokował, „dołączył do grupy pod hasłem ‚wiedział-co-robi, zrobił-to-celowo’”.

I jeszcze jedno - to ja przed trzydziestu laty wywołałem przerażenie w warszawskiej księgarni.