Oficjalnie prawie nikt z petersburskich gości prezydenta Putina nie opowiedział się po jego stronie, wyraźnie wskazując Kremlowi, jak bardzo uległy erozji jego wpływy na tzw. terytorium postsowieckim. Ale nie należy się łudzić, do czasu wyznaczonych na 12 stycznia rozmów z USA Rosja zrobi wszystko, by zdyscyplinować dotychczasowych sojuszników. Ciekawe więc, ilu z nich wytrzyma w swej wstrzemięźliwości, gdy Kreml uruchomi wszystkie możliwości nacisku.

Mołdawia, która demonstracyjnie okazuje zainteresowanie tylko swymi sprawami wewnętrznymi, próbuje uniknąć konieczności opowiadania się publicznie po którejś ze stron. Ale jak miecz Damoklesa wiszą nad nią ceny za rosyjski gaz, sprawiając, że może okazać się pierwszą ofiarą szantażu.

Ale już na Zakaukaziu jest inaczej. Zarówno Armenia, jak i Azerbejdżan jawnie dystansują się od Moskwy, co jest rezultatem zeszłorocznej wojny o Karabach. Pokonany Erywań oskarża Rosję o niewypełnienie sojuszniczych obowiązków. Zwycięskie Baku coraz silniej wiąże się z Turcją, której zawdzięcza wygraną.

Czytaj więcej

Putin szuka sprzymierzeńców do konfrontacji z Zachodem. Chętnych na razie brak

Wśród środkowoazjatyckich sojuszników Moskwa też utraciła monopol wpływów. Teraz odstręcza ich chwiejna polityka Kremla wobec talibów, których bardzo się boją. Obawiają się też ogromnego chińskiego sąsiada i dlatego szukają wsparcia Turcji, równocześnie oglądając się na Zachód. Pytanie, czy teraz Kreml może im coś zaoferować. Nie czekając na odpowiedź, z szeregu wyłamał się Tadżykistan, gdzie mimo strachu przed Państwem Środka powstaje chińska baza wojskowa. Duszanbe uważa, że Pekin jest solidniejszą podporą na wypadek konfliktu z talibami niż lawirancka Moskwa.

Najważniejsza dla regionu będzie jednak reakcja Kazachstanu. Jeśli Nursułtan poprze Moskwę w sprawie Ukrainy (i aneksji części jej terytorium), to sam stanie się łatwym celem rosyjskiej irredenty. A już obecnie część rosyjskiej elity politycznej formułuje żądania terytorialne wobec Kazachstanu, ukazując mu w całej pełni zagrożenie płynące ze strony północnego sąsiada.

Na razie Moskwa może więc liczyć tylko na swego wiernego Osła, czyli Łukaszenkę.