Bo, cytuję z pamięci, mechanizmy europejskiej polityki monetarnej okazały się wadliwe.
Donald Tusk najpierw był entuzjastą euro. W samolocie do Krynicy wymyślił zapowiedź przyjęcia europejskiej waluty już w roku 2011. Zrobił to za radą przyjaciela Krzysztofa Kiliana i potraktował tę deklarację jako piarowską sztuczkę. A publicyści rozliczali z groźnymi minami PiS i wicepremiera Pawlaka z braku entuzjazmu.
Potem Tusk się wycofał rakiem – bo nie służyłoby to polskiej gospodarce w obliczu kryzysu. Ale o „wadliwych mechanizmach" dowiedział się zapewne niedawno – od Jacques'a Delorsa i Komisji Europejskiej. Polska elita do własnej analizy nie jest zdolna. Nie istnieje w tych sprawach opinia publiczna, nie toczą się debaty, nie rozliczają nikogo wyborcy.
A przecież choć kryzys Grecji i kilku innych krajów ma wiele przyczyn (orgia kredytów może być argumentem zarówno dla liberałów, jak i etatystów), przypomniano sobie nagle o fundamentalnych wątpliwościach. Na przykład o teorii Roberta Mundella „optimum currency areas" (stref optymalnej waluty), zalecającej, aby wprowadzać ją na terenach nie za wielkich i ekonomicznie zintegrowanych.
To w imię ideologicznego optymizmu zafundowano wspólną walutę Niemcom i Grecji. Dziś staje pytanie o to, czy nie ograniczyć euro do Europy Zachodniej i nieco rozluźnić gorset wspólnej polityki finansowej. Gospodarki lekkomyślnych narodów śródziemnomorskich (a może i innych) będą się lepiej bronić, dysponując jako narzędziem własnymi walutami, których wartość można obniżyć.
Nie Tusk o tym zdecyduje, ale zdanie mieć powinien. Tylko czy trusty mózgów radzą na jego zapleczu nad również naszym interesem? Przypuszczam, że wątpię.
„Wyborcza" i „Krytyka Polityczna" rzucają hasło: zacieśniajmy wbrew wszystkiemu europejskie więzy. Motywem jest ratowanie ideologii, a nie ekonomiczny konkret. Tusk mógłby się na tym tle prezentować jako ktoś, kto konkret czuje. Tyle że w dzisiejszej Unii narodowe elity są niedoinformowane i bez poczucia wpływu na cokolwiek. A premier ma inne zajęcia – choćby pobawienie się z dawnym przyjacielem marszałkiem jak kot z pochwyconą myszą.