Wcześniej już separatyści ogłosili niepodległość – od Ukrainy. Wraz z niedzielnym głosowaniem stanęli w jednym szeregu z Abchazją, Osetią Południową i Naddniestrzem.

Liderzy tych trzech marionetkowych republik z pomocą rosyjskiej armii wybrali sami siebie jeszcze na początku lat 90. A teraz lewitują one gdzieś poza normalnym światem, jako państwa nieuznawane – czarne dziury systemu stosunków międzynarodowych.  Rosja ich dziś nie chce, mimo że sama je stworzyła.  I mimo że co pewien czas składają one uroczyste deklaracje, w których ogłaszają chęć znalezienia się w jej granicach.

Niewielkie terytoria jakoś więc funkcjonują już od 20 lat z dala od wszystkich, żyjąc z kontrabandy i rozlokowanych tam rosyjskich garnizonów.

Na drugim biegunie znajduje się Krym, po prostu zdobyty przez Rosję i włączony do jej terytorium.

Teraz pojawił się rosyjski Donbas. Co zrobi Rosja? Już wcześniej zapowiedziała, że uzna wybory – a więc i deklaracje niepodległości, przyjęte wcześniej przez separatystów.

Czy Moskwa stanie w pół drogi i na tym poprzestanie? W ten sposób otrzyma coś w rodzaju bandyckiego quasi-państwa, zrujnowanego wojną i pełnego uzbrojonych ludzi. A ci po zawieszeniu broni z braku ukraińskiego przeciwnika zaczęli już sami brać się za łby. Co będzie, gdy zabraknie im miejscowych zasobów do grabienia?

Czy Moskwa zdecyduje się na „wariant krymski" i każe swoim podopiecznym przegłosować prośby o przyjęcie w skład Rosji? Wtedy będzie mogła zapanować nad chaosem wywołanym przez siebie samą, ale narazi się już nie na niechęć, ale na wściekłość oszukanego Zachodu. Jakkolwiek unijne i NATO-wskie stolice nie chciałyby antagonizować się z Rosją, to jednak urwanie kolejnego kawałka sąsiedniego państwa nie pozostanie bez odpowiedzi.