Po inauguracji Karola Nawrockiego złośliwi zauważali podobieństwa kreacji nowej pary prezydenckiej do tych, które widać na jednym ze zdjęć Donalda i Melanii Trumpów – ciemny garnitur z czerwonym krawatem u prezydenta, a u jego małżonki elegancki błękitny komplet, z charakterystyczną trójkątną połą. Ale takie podobieństwa, nawet jeśli celowe, nie mają specjalnej wagi.
Dlaczego wystąpienie Karola Nawrockiego przypominało Donalda Trumpa i jego politykę
Znacznie poważniejsze są bowiem inne nawiązania do Trumpa (który na inaugurację przysłał swoją specjalną przedstawicielkę) i trumpizmu w tym, co prezydent Nawrocki mówił. Choćby słowami „Niech Bóg błogosławi Polsce”, którymi zakończył przemówienie. Takie sformułowanie nieczęsto się spotyka u polskich polityków, za to prośba o błogosławieństwo ojczyzny popularna jest w przemówieniach prezydentów USA.
Również wtedy, gdy Nawrocki przekonywał, że wygrał wybory wbrew propagandzie, kłamstwom i pogardzie, rymowało się to z przekazem Donalda Trumpa, który zawsze się chełpił tym, że miał przeciwko sobie „fake-news media”. Amerykański prezydent stał się mistrzem – jak we wschodnich sztukach walki – wykorzystywania krytyki ze strony liberalnych mediów do budowania własnej legendy: głosu sprzeciwu wobec mainstreamu, przeciw elitom i różnym wpływowym siłom. Karol Nawrocki również chciał się przedstawić jako reprezentant tych, którzy byli poszkodowani transformacją, adwokat Polski B. Do Donalda Trumpa upodabnia go to, że w mowie inauguracyjnej nie szukał kompromisu z drugą stroną, przeciwnie, smakował swój tryumf, przeciwników, tę Polskę liberalną, z wielkich miast, często szydzącą z tej drugiej moherowej Polski, dość mocno wyzywając na pojedynek.
W sejmowym przemówieniu Nawrockiego ani raz nie padło słowo „Ukraina” (podczas gdy Stany Zjednoczone pojawiły się dwukrotnie). Raz pojawiło się odniesienie do wojny, która toczy się na terytorium Ukrainy, ale nazwa tego państwa nie padła. To duży kontrast z przemówieniem Lecha Kaczyńskiego, który podczas inauguracji 23 grudnia 2005 roku, a więc jeszcze wiele lat przed rosyjską agresją, mówił o konieczności budowania „strategicznego sojuszu z Ukrainą”
Dlaczego trumpizacja polskiej prawicy może się okazać ryzykowna
Warto też zwrócić uwagę na to, że w sejmowym przemówieniu Karola Nawrockiego ani raz nie padło słowo „Ukraina” (podczas gdy Stany Zjednoczone pojawiły się dwukrotnie). Raz pojawiło się odniesienie do wojny, która toczy się na terytorium Ukrainy, ale nazwa tego państwa nie padła. To również dość podobne do Donalda Trumpa, który w kampanii prezydenckiej wykorzystywał antyukraińskie sentymenty – również wytworzone przez algorytmy platform społecznościowych. I duży kontrast z przemówieniem Lecha Kaczyńskiego, który podczas inauguracji 23 grudnia 2005 roku, a więc na wiele lat przed rosyjską agresją, mówił o konieczności budowania „strategicznego sojuszu z Ukrainą”.
Czytaj więcej
W Pałacu Prezydenckim odbyła się uroczystość, podczas której prezydent Karol Nawrocki powołał ministrów w Kancelarii Prezydenta RP. Nowym szefem KP...
Te podobieństwa są sygnałem trumpizowania się polskiej prawicy. To będzie już inna prawica niż kiedyś, daleka od źródeł w myśli Lecha Kaczyńskiego, bardziej nacjonalistyczna, bardziej z Dmowskiego, niż dotychczasowy PiS. To będzie bardziej alt-prawica. I widać, że Nawrocki ma ambicje, by po pierwsze taka trumpistowska prawica w Polsce powstała, a po drugie by stanąć na jej czele.
Ale to wiąże się z kolei z poważnym ryzykiem. Bo stawianie wszystkiego na amerykańską kartę może się zemścić, gdy interesy Trumpa i Polski się rozejdą. W tej chwili Trump jest w fazie irytacji na Putina i chęci pomocy Ukrainie. Ale jeszcze niedawno jego emocje były dokładnie odwrotne. I mogą się w przyszłości zmienić.