Choroba ta jest dość rzadka, wykazuje się bardzo znikomą zakaźnością i równie niską śmiertelnością. A przecież jest ona siostrą jednej z najstraszniejszych plag w dziejach ludzkości. Epidemia ospy prawdziwej (łac. variola vera) zdziesiątkowała ludzkość i zmieniła bieg dziejów. Była to choroba nieprzewidywalna, o całkowicie odmiennym rozwoju niż pozostałe choroby zakaźne. Prawdopodobnie przybyła do Europy już w pierwszej połowie pierwszego tysiąclecia po Chrystusie. Na początku nie była jednak chorobą o wysokiej śmiertelności. Potwierdzają to badania szczątków wikingów żyjących w VI wieku. W ich zębach odnaleziono ślady struktury DNA wirusa ospy prawdziwej. Jednak badania archeologiczne nie potwierdzają, że w tamtym czasie doszło do wielkiej i wyniszczającej nordycką populację zarazy w takiej postaci, jaką znamy z wieków późniejszych. Wręcz przeciwnie. Wiele poszlak wskazuje, że albo nosiciele tego wirusa byli na niego odporni, albo sam wirus był łagodny i słabo zakaźny. Możemy zatem domniemywać, że wirus ospy prawdziwej roznieśli po Europie wikingowie. Jego późniejsza ewolucja budzi poważny niepokój. Czemu nagle „wybrał” agresywną strategię wyniszczenia swoich gospodarzy?

Efekt tej mutacji był przerażający. W czasie kolejnych fal epidemii czarnej ospy, nawiedzającej w różnych interwałach czasowych odległe od siebie części naszego kontynentu, umierało od 20 do 95 proc. chorujących. W ciągu zaledwie kilku godzin zainfekowana osoba gorączkowała i odczuwała straszne bóle brzucha, głowy i pleców. Trzeciego lub czwartego dnia na jej skórze pojawiała się pęcherzykowata wysypka. U tych, którzy przeżyli, pęcherzyki zamieniały się w strupy samoistnie odpadające po kilku dniach. Ozdrowieńcy byli więc potwornie oszpeceni. Bywało, że blisko połowa z nich traciła wzrok.

Wczoraj minęła 501. rocznica początku bitwy o Tenochtitlán. Dlaczego o tym wspominam? Bo wypędzeni tej nocy Hiszpanie pozostawili w azteckiej stolicy straszną pamiątkę, która zdecydowała o losie cywilizacji prekolumbijskiej.

7 września 1520 r. nowym władcą Azteków oficjalnie został Cuitláhuac, który w przeciwieństwie do swojego poprzednika Montezumy II, wiedział doskonale, że z Hiszpanami nie wolno iść na żadne układy. Być może przepędziłby ze swojej ziemi konkwistadorów, gdyby do wojny nie wtrącił się niewidzialny sprzymierzeniec Europejczyków. Po zaledwie kilkudziesięciu dniach panowania Cuitláhuac zmarł w potwornej agonii na chorobę wywołującą pęcherzykową wysypkę na całym ciele. Najeźdźcy nieświadomie przywlekli ze sobą straszną broń biologiczną, przed którą rdzenni mieszkańcy obu Ameryk nie mieli żadnej obrony. W niektórych regionach obu Ameryk, tak jak w imperium Inków, na ospę zmarło 95 proc. mieszkańców.

Ale ospie też coś zawdzięczamy. Starożytni lekarze indyjscy i chińscy zwrócili uwagę, że kto raz przeszedł ospę, ten drugi raz już na nią nie choruje. Zrozumiała to także na początku XVIII wieku pewna piękna arystokratka, lady Mary Wortley Montagu, córka księcia Kingston-upon-Hull, która pozwoliła swojemu szkockiemu lekarzowi Charlesowi Maitlandowi przeprowadzić na sobie i swoich trzech córeczkach eksperyment medyczny polegający na delikatnym nacięciu ramienia i wtarciu w to miejsce płynu z pęcherza osoby zarażonej ospą prawdziwą. Po trzech dniach trzech członków Royal Society obejrzało miejsce nacięcia i wydało opinię pozytywną. Lady Montagu i jej dzieci stały się pierwszymi Brytyjczykami odpornymi na ospę prawdziwą. Tak narodziła się wariolacja i pojęcie odporności immunologicznej.

Na pełne zwycięstwo nad ospą prawdziwą trzeba było jednak poczekać jeszcze 265 lat. Dopiero w 1980 r. Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła całkowitą eradykację tej choroby. Od tej pory niemal całkowicie o niej zapomnieliśmy. Ale czy słusznie? Czy rzeczywiście możemy spać spokojnie? Co by było, gdyby któryś z krewniaków wirusa variola vera nagle zmutował, tak jak w czasach podbojów wikingów? Niektóre szacunki przewidują, że śmiertelność przekroczyłaby 65 proc. u chorych szczepionych i 95 proc. u chorych nieszczepionych. Warto o tym pamiętać, kiedy stary wróg znowu niepozornie o sobie przypomina.