Teneryfa, Gran Canaria czy Gomera to dla nas – współczesnych Europejczyków – głównie wspaniałe oblane słońcem miejsce letniego wypoczynku, nocne kluby przy Playa de Las Americas, kultowe dla surferów plaże Fuerteventury czy egzotyczne wypady na piętrzący się nad Teneryfą wulkan Teide. To właśnie są Kanary. Świat rozrywki, słońca i morza. Ale jest i drugie, bardziej tajemnicze oblicze wysp, którego strażnikami są dziwni i posępni brodacze, Guanczowie, których świat skończył się przed wieloma wiekami, dokładnie wtedy, kiedy rodził się nowy wizerunek wysp.

Kim byli Guanczowie? To temat mitów i legend. Od stuleci fascynuje zarówno ich pochodzenie, jak i późniejsze losy. Wedle nauki radzieckiej zostali wymordowani przez katolickich Hiszpanów, a po ich kulturze i etnosie nie zostało wiele śladów. Dla wielu do dziś są pierwszymi ofiarami barbarzyńskiej, prowadzonej przy użyciu ognia i miecza, w imię krzyża – kolonizacji. W istocie ta kolonizacja zaczęła się wyjątkowo wcześnie. Zanim jeszcze Portugalczycy wybrali się w rejsy wokół Afryki i do Indii, a Hiszpanie trafili na pierwsze ślady Nowego Świata. Winą Wysp Kanaryjskich było to, że leżały blisko Europy. Stanowiły więc łatwy łup, identyfikowany już przez żeglarzy fenickich, greckich i rzymskich.

Czytaj więcej

Kommodus – patron eurosceptyków znad Wisły

Podbój zaczął się dość szybko, bo w 1402 r., kiedy na Lanzarote wylądował baron normandzki w służbie hiszpańskiej Juan de Bethencourt z załogą i misjonarzami. Napotkał społeczeństwo prymitywne, żyjące na poziomie kultury neolitu, ale przyjazne i otwarte na kontakty z Europejczykami. Zawarto przymierze z lokalnym władcą – Guadarfią, którego efektem była zgoda guanczowskiego wodza na budowę fortu i faktorii handlowej. Eksperyment musiał jednak skończyć się tragicznie. Szybkiej eksploracji kolejnych wysp towarzyszyły równie szybkie przypadki porywania Guanczów w charakterze niewolników. To rzecz jasna budziło sprzeciw ich wodzów, reakcję zbrojną, tłumioną później przez Hiszpanów, kolejne wojny i powstania. Musi wyjątkowo dziwić, jak długo bronili się Guanczowie. Oto prymitywne i zwaśnione plemiona siedmiu wysp przez niemal sto lat prowadziły kampanie przeciw najeźdźcom, staczały regularne bitwy, niekiedy wygrane. Wspierała ich natura, zróżnicowanie tektoniczne terenu, umiejętność szybkiego przemieszczania się i zadziwiające techniki, których Hiszpanie się nie spodziewali. Nieznający metalu ani łuku, posługujący się dzidami i krzemiennymi toporami tubylcy atakowali i znikali w tempie iście niezwykłym. I dla Hiszpanów niezrozumiałym.

Konkwista skończyła się w grudniu 1495 r., kiedy złamano opór ostatnich Guanczów na Teneryfie. I odtąd ich historia się kończy. Przepadli w przepastnych mrokach historii. Ale tylko pozornie. O etnicznych mieszkańcach Wysp Kanaryjskich przypomniano sobie 400 lat później, na fali zainteresowania minionymi cywilizacjami. Zaczęło się szperanie w starych kronikach, wyszukiwanie historycznych relacji, mnożenie mitów. Jednym z najważniejszych było przekonanie, że Guanczowie byli potomkami mieszkańców zatopionej przed wiekami Atlantydy. Świadczyć o tym miały relacje kronikarzy, którzy opisywali ich jako wysokich ludzi o jasnych oczach i blond włosach. Skąd na izolowanych wyspach Atlantyku taki typ człowieka? A może są potomkami wikingów? Celtów albo starożytnych plemion germańskich? Niby wszystko możliwe, ale problem w tym, że kultura guanczowska nie przejawiała cech rozwoju. Znacząco odstawała od osiągnięć technicznych starożytności, zatrzymując się na poziomie neolitu.

Oryginalnym wytworem Guanczów była technika poruszania się przy użyciu ponaddwumetrowego kija, który służył im za „trzecią nogę”

Zagadkę rozwiązały dopiero współczesne badania, wykazując (wskutek analiz resztek kostnych Guanczów), że byli w prostej linii potomkami kromaniończyków. Ich typ fizyczny dominował zwłaszcza na Teneryfie. Na bliższych lądowi Lanzarote czy Fuerteventurze przeważał inny typ antropologiczny wywodzący się – jak guanczowskie języki – od osiadłych na wyspach Berberów. To od nich wywodzą się w większości cechy kultury guanczowskiej: garncarstwo, ornamentyka, obyczaj mumifikowania zwłok. A nawet popularna wśród Guanczów poliandria. Oryginalnym wytworem Guanczów była za to technika poruszania się przy użyciu ponaddwumetrowego kija, który służył im za „trzecią nogę” (to dzięki temu guanczowscy wojownicy skutecznie umykali Hiszpanom), oraz „el silbo” – niefonetyczny język gwizdowy, którym mieszkańcy Wysp Kanaryjskich potrafili się porozumiewać nawet na duże dystanse. Ten ostatni przetrwał zresztą do dziś. Demonstrują go turystom lokalni „silbadores” na porosłej jurajskim lasem laurowym wyspie Gomera. Przetrwał? Czyli Guanczowie – wbrew temu, o czym pouczała historiografia radziecka – nie zostali wymordowani przez Hiszpanów?

Dziś już wiemy, że nie. Uratowała ich katolicka królowa Kastylii Izabela, która w 1477 r. wydała rozkaz odesłania porwanych z Wysp Kanaryjskich Guanczów do domu. Za handel (schrystianizowanymi wcześniej) Guanczami zdymisjonowała gubernatora i nakazała wypłacić powracającym do domu odszkodowania. Powrócili więc na Wyspy Kanaryjskie, by pomieszać krew z przybyłymi osadnikami z Hiszpanii. Dzisiejsi Kanaryjczycy to ich potomkowie. A figury brodatych mężczyzn w skórach w Puerto de la Cruz to figury ich pradziadów.