Mając wiedzę, co stało się tydzień po tym wyborze, możemy sobie pozwolić na snucie domysłów i osądzanie polityków tamtej epoki. Zapominamy jednak, że to byli ludzie żyjący w bardzo trudnych, powojennych i pozaborowych realiach. Oni dopiero przecierali drogę. Kierowali się ideami i dokonywali wyborów, które dopiero z dzisiejszej perspektywy możemy określić jako trafne lub błędne.

Budowali niepodległą i republikańską Polskę, nie mając żadnego wcześniejszego doświadczenia z taką formą demokracji powszechnej. Wzorowali się przy tym w pierwszym rzędzie na Republice Francuskiej i może śladowo na amerykańskich rozwiązaniach ustrojowych.

9 grudnia 1922 r. Zgromadzenie Narodowe Rzeczypospolitej Polskiej głosowało nad pięcioma kandydaturami zgłoszonymi przez główne nurty polityczne reprezentowane w obu izbach polskiego parlamentu. Uchwalona 17 marca 1921 r. przez Sejm Ustawodawczy Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej nadawała na wzór francuski władzę zwierzchnią całemu narodowi, czyli wszystkim obywatelom polskim niezależnie od ich wyznania czy pochodzenia. Wprowadzała też urząd najwyższego reprezentanta suwerena – prezydenta RP wybieranego bezwzględną ilością głosów przez Zgromadzenie Narodowe na siedmioletnią kadencję. Ta procedura wyboru w tak rozdrobnionym politycznie parlamencie stwarzała pole do kombinacji i budowania nawet najbardziej egzotycznych sojuszy w celu przeforsowania własnego kandydata. W liczącym 444 posłów Sejmie Ustawodawczym aż 72 posłów nie pochodziło z wyboru zarządzonego przez władze polskie. Trudno się więc dziwić, że łatwo ugruntował się podział na „naszych” i „obcych”. Wśród pięciu zgłoszonych kandydatów do najwyższego urzędu w państwie drogą eliminacji już w drugim głosowaniu o godzinie 15.30 odpadł socjalista Ignacy Daszyński. Blisko półtorej godziny później w jego ślady poszedł zgłoszony przez mniejszości narodowe wybitny językoznawcza, profesor Jan Baudouin de Courtenay. W czwartym głosowaniu o 17.45 najmniejszą liczbę głosów oddano na Stanisława Wojciechowskiego. Na ringu wyborczym pozostali hrabia Maurycy Klemens Zamoyski i minister spraw zagranicznych Gabriel Narutowicz, który mimowolnie stał się jedynym akceptowalnym wyborem dla tych, którzy bali się, że wybór najważniejszego polskiego ziemianina stanie się fundamentem nowego polskiego elitaryzmu.

Znamienne, że w pierwszym głosowaniu o 14.10 Narutowicz zdobył zaledwie 62 głosy. Dla porównania na Zamoyskiego zagłosowało wówczas 222 parlamentarzystów. Pięć godzin później, w ostatnim głosowaniu, Narutowicza poparło 289 członków ZN, czyli o 224 więcej niż w pierwszym głosowaniu. Na Zamoyskiego oddano 227 głosów, a więc zaledwie o 5 więcej niż 5 godzin wcześniej.

Dla większości członków obu izb parlamentu Narutowicz był postacią – najdelikatniej mówiąc – drugoplanową, która nagle stała się po prostu wyjściem awaryjnym wobec wyboru kandydata „radykalnej prawicy”. Tylko czy rzeczywiście o potomku jednego z najbardziej zasłużonych dla Rzeczypospolitej rodów magnackich można było wydać tak krzywdzącą opinię? Często spotykam się z opiniami, które portretują członków tamtego Zgromadzenia Narodowego w kategoriach czarnych lub białych. Powszechny jest mit, że w jego skład wchodziła radykalna prawica, która miała być jakoby polską odmianą rodzącego się demona nazizmu. To ogromne nadużycie i spłycenie tematu.

Równie krzywdzące, choć w drugą stronę, było przekonanie, że wybór obywatela szwajcarskiego na najwyższy urząd w państwie polskim jest zamachem na polską rację stanu, tradycję i historię. To przekonanie błyskawicznie przerodziło się w głęboką wiarę, że elekcja Narutowicza to „zdrada” i „sprzedaż” Polski głosami tych, którzy w I Rzeczypospolitej nie mieli żadnych praw obywatelskich. Dzisiaj wiemy, jaki to przyniosło skutek. Jednak sto lat temu, wieczorem 9 grudnia 1922 r., zwolennicy obozu narodowego nie musieli wiedzieć, do czego doprowadzi rozpętana przez nich nagonka przeciw prezydentowi elektowi. Ale o tym w przyszły piątek.