Prezesom koncernów Roche, Nestle czy ABB zostałoby zaledwie ok. 5 proc. z ich ubiegłorocznych zarobków, jeśli połowa Szwajcarów w niedzielnym referendum poprze propozycję, by wynagrodzenie menedżera nie przekraczało 12-krotności najniższej płacy w firmie.

Szefowie trzech wymienionych korporacji zarabiają sporo ponad 200 razy więcej niż ich najniżej opłacany pracownik, wylicza pozarządowa organizacja Travail Suisse.

W miesiąc tyle co w rok

Po kieszeni dostaliby zresztą top menedżerowie wszystkich międzynarodowych korporacji w Szwajcarii, no i spora część lokalnych przedsiębiorstw.

– To będzie fatalne dla wizerunku kraju i może odbić się na jego finansach – ostrzegają przedstawiciele biznesu, którzy zainwestowali w  reklamy na billboardach i plakatach, by sprzeciwić się próbie wprowadzenia płacowego dyktatu.

Za tą próbą, a konkretnie „Inicjatywą na rzecz uczciwej płacy 1:12" stoi JUSO – młodzieżówka lewicowej Socjaldemokratycznej Partii Szwajcarii. Argumentuje ona, że nikt w firmie nie powinien zarabiać w miesiąc więcej niż inny pracownik przez cały rok.

– Inicjatywa 1:12 sprawi, że wspólnie wypracowane bogactwo Szwajcarii zostanie bardziej równomiernie rozdzielone – twierdzi David Roth, szef JUSO/SP, która bez większych problemów zebrała 100 tys. podpisów wymaganych do przeprowadzenia referendum. Jeśli zdobędzie w nim 50 proc. poparcia, to zasada 1:12 zostanie wprowadzona do szwajcarskiej konstytucji – obok ograniczeń w zarobkach menedżerów, które Szwajcarzy przyjęli w referendum na początku marca.

Prawie 70 proc. obywateli tego kraju poparło wtedy zapisy zaproponowane przez biznesmena i polityka Thomasa Mindera, by dać akcjonariuszom prawo weta w sprawie wynagrodzeń szefów spółek i wprowadzić szereg innych ograniczeń płacowych. Chodziło m.in. o zakaz wypłacania odchodzącym szefom hojnych odpraw, tzw. złotych parasoli i wysokich premii za fuzje i przejęcia. Ten sukces obudził apetyty do dalszych ograniczeń dla – jak to określał Minder – „tłustych kotów biznesu".

Skromne lata 80.

Najnowsze sondaże pokazują jednak, że poparcie dla większego egalitaryzmu płacowego ostatnio spadło. O ile jeszcze w październiku za inicjatywą 1:12 opowiadało się 44 proc. ankietowanych (tyle samo było przeciw), o tyle już w listopadowym sondażu gfs.bern dla Telewizji Szwajcarskiej odsetek zwolenników limitu spadł do 36 proc., zaś liczba jego przeciwników wzrosła do 54 proc.

Sceptyczni są też eksperci ds. wynagrodzeń. – W najlepszym przypadku doprowadzi to do wzrostu kosztów administracyjnych dla przedsiębiorstw, ale w najgorszym – do outsourcingu czy nawet zamykania rynku – ocenia Norbert Matusiak z firmy doradczej Hay Group.

Popierające inicjatywę JUSO szwajcarskie zrzeszenie związków zawodowych przypomina, że stale rośnie rozpiętość między dochodami wysoko opłacanych zarządów i pracowników.

W największych spółkach notowanych na giełdzie w Zurychu w 2011 r. najwyższe zarobki były 43-krotnie wyższe od średnich, podczas gdy jeszcze w 1998 r. ta różnica nie przekraczała 13:1. Jak przypomina think tank Swiss Denknetz – jeszcze w połowie lat 80. średnie wynagrodzenie prezesa było tylko sześciokrotnie wyższe niż przeciętna płaca pracownika.

Zysk z „tłustych kotów"

Organizacje przedsiębiorców protestujące przeciw inicjatywie 1:12 mają za sobą poparcie rządu i obu izb parlamentu, które rekomendują obywatelom odrzucenie wniosku socjalistów. Ostrzegają, że limit płacowy może nie tylko utrudnić szwajcarskim firmom rekrutację najlepszych menedżerów, ale i (poprzez spadek socjalnych danin menedżerów) doprowadzić do deficytu w wydatkach na emerytury i zasiłki dla bezrobotnych. Niektórzy szefowie firm już zagrozili, że rozważą wyprowadzkę z kraju, jeśli inicjatywa zostanie przyjęta. Walter Kielholz, prezes Swiss Re, nie wyklucza, że firma przeniesie wtedy część menedżerów za granicę.

Inni ostrzegają przed pogorszeniem wizerunku kraju. – Przez lata jednym z największych atutów Szwajcarii była stabilność systemu politycznego i prawnego. Teraz Inicjatywa 1:12 znacznie obniży konkurencyjność kraju – ocenia Patrick Emmenegger, profesor Uniwersytetu St. Gallen.

Według analiz uczelni, obniżka płac ok. 2 proc. najlepiej zarabiających mieszkańców – którzy zapewniają jednak ok. 47 proc. federalnych wpływów z podatków bezpośrednich – sprawi, że fiskus może stracić ok. 1,5 mld franków rocznie.

Cel: płaca minimalna

Szwajcarska SGV-usam, największa organizacja zrzeszająca małe i średnie firmy, twierdzi, że inicjatywa 1:12 wcale nie zdoła ograniczyć nadmiernych zarobków top menedżerów, a tylko zwiększy biurokrację. I może nawet o 4 mld franków ograniczyć wpływy do budżetu, bo do 1,5 mld franków utraconych wpływów podatkowych dojdzie spadek (o 2,5 mld franków) wpłat na ubezpieczenia społeczne.

– Ograniczenia płac szefów to frontalny atak na wolność i dobrobyt – wzburza się SwissHoldings, federacja międzynarodowych korporacji zlokalizowanych w Szwajcarii. Zapowiada, że większość z nich będzie musiała się zrestrukturyzować albo wyprowadzić część biznesu za granicę.

Zdaniem komentatorów, niedzielne referendum, niezależnie od wyniku, nie zakończy dyskusji nad zarobkami Szwajcarów. Tym bardziej że czeka ich wkrótce kolejne: 100 tys. podpisów zebrali już inicjatorzy projektu, który ma wprowadzić dla wszystkich dorosłych obywateli kraju minimalne wynagrodzenie 2500 franków miesięcznie. I to bez względu na to, czy mają pracę...