Oscar 2024 za najlepszy film. „Oppenheimer” Nolana: radioaktywny podmuch geniuszu

Oscary 2024 za "najlepszy film” oraz w sześciu innych kategoriach. Przypominamy recenzję: „Oppenheimer” to biografia historyczna bliska arcydziełu. Cillian Murphy zagrał rolę życia, a Christopher Nolan udowodnił, że jest filmowcem kompletnym.

Aktualizacja: 15.03.2024 15:58 Publikacja: 24.07.2023 03:00

Cillian Murphy w roli tytułowej

Cillian Murphy w roli tytułowej

Foto: Mat. Pras.

Przed premierą portale podkręcały oczekiwania, cytując opinie o „Oppenheimerze” jako arcydziele. Po weekendzie coraz więcej już „obnażania” dzieła Christophera Nolana i krytyki. To nie rozczarowanie, tylko internetowa walka o kliknięcia, by rozgrzewać umysły odbiorców powyżej temperatury rozsądku, gdy równolegle trwa promocja „Barbie”.

Mazgaj i cynik

Ale filmy zostaną. Zwłaszcza „Oppenheimer”, bo jak bardzo krytycy Christophera Nolana by nie zarzucali mu efekciarstwa i intelektualnej powierzchowności, to jego obrazy zmieniają kinematografię. Czy był to „Mroczny rycerz”, „Incepcja”, czy „Dunkierka” – Hollywood po nich nigdy już nie było takie samo. Chodzi o techniki narracyjne (granie czasem i chronologią), jakie wprowadza Nolan do mainstreamu, ale też o technologię kręcenia zdjęć, przesuwanie formy poza dotychczasowe granice. A co za tym idzie – redefiniowanie koncepcji kinowego widowiska.

Czytaj więcej

Czym „Oppenheimer” różni się od wcześniejszych filmów Christophera Nolana

52-letni brytyjsko-amerykański reżyser nie traci przy tym węchu. W trylogii o Batmanie (2005–2012) opowiadał o terrorystach, burzycielach porządku i fałszywych prorokach, którzy „chcą tylko patrzeć, jak świat płonie”. W „Tenecie” (2020) odkurzał w autorski sposób zimnowojennego thrillera. Rok przed inwazją Rosji na Kijów i atomowymi groźbami Putina ogłosił, że pracuje nad biografią „ojca bomby atomowej” – Roberta Oppenheimera.

Nolan chciał też spróbować czegoś nowego. Kina biograficznego jeszcze nie realizował, podobnie jak scen erotycznych. Wielokrotnie natomiast pracował z irlandzkim aktorem Cillianem Murphym. Teraz reżyser i jego operator Hoyte van Hoytema podchodzą do twarzy głównego wykonawcy tak blisko, że już intymniej się nie da. Pod koniec filmu znamy fizjonomię aktora na pamięć, każdą jego zmarszczkę, grymas i niebieskie oczy.

Czytaj więcej

Na co do kina w weekend? Oczywiście na „Barbenheimera”

47-latek zagrał rolę życia, wydobywając z tytułowej postaci całą dwuznaczność, psychologiczne i moralne rozdarcie. Bo przecież projekt „Manhattan” rozpoczynano w odpowiedzi na prace nad bombą atomową w hitlerowskich Niemczech, ale eksplozje w Hiroszimie i Nagasaki miały już miejsce po śmierci Hitlera w berlińskim bunkrze. Nie wspominając, że spadły na miasta, a nie obiekty ściśle wojskowe. W tym kontekście fenomenalnie wypada niewielka rola Gary’ego Oldmana jako Harry’ego S. Trumana. „Więcej mi nie przyprowadzajcie tego mazgaja” – kończy spotkanie prezydent USA po tym, jak Oppenheimer mówi, że „czuje, jakby miał krew na rękach”.

Polityki jest tu więcej, bo to filmowa biografia, dramat psychologiczny, ale też przewrotny moralitet. Stawia pytania o granice odpowiedzialności i pokazuje, że nawet czyniąc to, co słuszne, nie zawsze można spać spokojnie. To także opowieść o nauce, która na pozór może się zdawać zamknięta na świat w laboratoriach, ale kiedy zwrotnice dziejów przyspieszają, okazuje się nagle wszystkim.

Czytaj więcej

„Stałem się śmiercią”: kim był Robert Oppenheimer, bohater filmu Chrisa Nolana?

Ten film broni się pod każdym względem. Wizualnie jest olśniewający, a jego dynamika imponuje. Rozproszona narracja przywodzi na myśl nowofalowe klasyki. I jeśli to nie arcydzieło biograficzno-historyczne, to niewiele mu brakuje. Nawet długość obrazu (180 minut) ma uzasadnienie, bo to nie tylko historia projektu „Manhattan”, ale też jego pokłosia: tego, z czym drużyna naukowców, wojskowych, ludzi zbrojeniówki zostawiła świat.

Cisza na sali

Punktem kulminacyjnym obrazu jest próba generalna eksplozji na pustyni w Nowym Meksyku, sekwencja nakręcona genialnie, wywołująca niezwykłe oczekiwanie i napięcie. Kiedy w końcu owiewa nas radioaktywny podmuch w Los Alamos i wybuchają triumfalne okrzyki radości bohaterów, na klimatyzowanej sali w kinie zapada głęboka cisza. Jakże inne jest poruszenie ludzi przed ekranem i tych, którzy na nim występują. Ci pierwsi już wiedzą. Ci drudzy o tym, czego tak naprawdę dokonali, dowiedzą się dopiero w ostatnim akcie filmu.

Przed premierą portale podkręcały oczekiwania, cytując opinie o „Oppenheimerze” jako arcydziele. Po weekendzie coraz więcej już „obnażania” dzieła Christophera Nolana i krytyki. To nie rozczarowanie, tylko internetowa walka o kliknięcia, by rozgrzewać umysły odbiorców powyżej temperatury rozsądku, gdy równolegle trwa promocja „Barbie”.

Mazgaj i cynik

Pozostało 92% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Film
Film „Do granic”. Jak Ameryka traktuje imigrantów z Europy
Film
„Ród Smoka”, czyli „oko za oko, syn za syna” w drugim sezonie
Film
Polska wieś pokazana bez sentymentów. Grzegorz Dębowski wygrywa debiuty w Koszalinie
Film
Koszaliński Złoty Jantar dla „Tyle co nic” Grzegorza Dębowskiego
Akcje Specjalne
Naszym celem jest osiągnięcie 9 GW mocy OZE do 2030 roku
Film
Rekomendacje filmowe na weekend: Inni w nas i wokół nas
Film
„Królestwo zwierząt” Thomasa Cailleya: Ludzie mutują jak po pandemii