fbTrack

Film

Kino bez morału

„Za wzgórzami” Cristiana Mungiu
Gutek Film
Rumuńscy twórcy zachwycają międzynarodową publiczność. Od piątku w kinach „Za wzgórzami” Cristiana Mungiu, opowieść o Kościele, który zniewala
Rumuni opanowali sztukę w teorii prostą, a w praktyce bardzo trudną. Wychodząc od prawdziwych zdarzeń – reportażu, wspomnień znajomych, wpisu na blogu – potrafią dotknąć uczuć i problemów uniwersalnych. Historie, które dzieją się w czasie reżimu Ceausescu i w okresie transformacji, umieją opowiedzieć tak, że swoje niepokoje mogą odnaleźć w nich Europejczyk, Amerykanin, Azjata. Zobacz galerię zdjęć

Niebezpieczne egzorcyzmy

Bohaterkami "Za wzgórzami" są dwie dziewczyny wychowane w sierocińcu. Voichita jest zakonnicą. Alina, która wylądowała w rodzinie zastępczej, odwiedza ją w prawosławnym klasztorze o surowej regule. Jest tu obca. Inna niż mniszki: zagubiona w świecie, nieszczęśliwa i samotna, ale wolna. Myśląc samodzielnie i krytycznie, próbuje skruszyć posłuszeństwo przyjaciółki wobec władz zakonnych. Staje się więc niebezpieczna dla systemu. W zamkniętym, nieznoszącym sprzeciwu świecie jest uosobieniem grzechu i zła. Osobą, z której ciała trzeba wypędzić szatana. To historia, która zdarzyła się naprawdę.
– Kilka lat temu przeczytałem artykuł o kobiecie, która przyjechała do koleżanki żyjącej w monastyrze i po kilku tygodniach zmarła po „egzorcyzmach", jakim ją tam poddano – mówi Cristian Mungiu, laureat Złotej Palmy za wstrząsający film „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni". W tamtym filmie opowiadał o wywierającym presję na człowieka reżimie państwowym, teraz mówi o totalitarnej władzy Kościoła. „Za wzgórzami" wyraża bunt wobec instytucji, która odbiera człowiekowi wolną wolę, zniewala go. Voichita przywykła do klasztornych reguł, przyjęła je za normę, więc choć Alina jest najbliższym jej człowiekiem, odwraca się od niej. Godzi się na egzorcyzmy, którym przyjaciółka zostaje poddana, patrzy na jej powolne umieranie. Nie chce burzyć własnego spokoju, dopuścić do siebie wątpliwości, które uczyniłyby ją wolną, ale jednocześnie pozbawiły poczucia bezpieczeństwa. W tej historii młodych kobiet jest wszystko, co je otacza, co ukształtowało ich mentalność i sposób myślenia. Ale liczy się tu również delikatna opowieść o miłości i potrzebie bliskości. Zwiastun filmu "Za wzgórzami"

Nie ma grupy, są dobre filmy

To bliskie przyglądanie się człowiekowi, w którego życie brutalnie wdziera się rzeczywistość, jest wielką siłą rumuńskiego kina. Dzisiaj wielkie festiwale walczą o filmy z tego kraju. Od czasu, gdy w 2005 roku w Cannes zachwyciła „Śmierć pana Lazarescu" Cristi Puiu, jego rodacy nieustannie zgarniają nagrody. Złota Palma za „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni" dla Mungiu i Złota Kamera w Cannes za debiutancki obraz „12.08: na wschód od Bukaresztu" dla Corneliu Porumboiu, zwycięstwo „Califormia Dreamin" Cristiana Nemescu w canneńskiej sekcji „Un Certain Regard", berliński Srebrny Niedźwiedź za „Gdy chcę gwizdać, gwiżdżę" dla Florina Serbana. A przed kilkoma tygodniami Złoty Niedźwiedź dla „Child's Pose" Calina Petera Netzera. – Pamiętamy schyłek komunizmu, świadomie przeszliśmy ustrojową transformację – mówi „Rz" Mungiu. – Niesiemy bagaż doświadczeń, a jednocześnie mieliśmy czas na refleksje. Nie tworzymy zwartej grupy ani szkoły, patrzymy na kino w swój własny sposób. Każdy inaczej. Ale zaczęliśmy kręcić filmy bardzo osobiste. I przede wszystkim uczciwe.

Rumuni rozliczają się z przeszłością

– Pomysł na „Child's Pose" narodził się w czasie szczerych rozmów z moim przyjacielem, scenarzystą Razvanem Radulescu – mówił niedawno w Berlinie Calin Peter Netzer. – Myślałem o własnych, niełatwych relacjach z matką. Wychodząc od nich, zbudowaliśmy fikcyjną historię, którą rzuciliśmy na szersze tło. To, co pokazaliśmy – korupcja, ciągłe „załatwianie" spraw jak za czasów komunizmu, kompletna nieodpowiedzialność młodego pokolenia – to są ogromne bolączki dzisiejszej Rumunii. I pewnie nie tylko Rumunii. W tych dwóch wypowiedziach kryje się klucz do sukcesu rumuńskiego kina. Kraj, który z trudem, głównie dzięki współpracy z Francuzami i Niemcami, produkuje kilkanaście filmów rocznie i w którym brakuje multipleksów, ma znakomitą kinematografię. Bo artyści, rozliczając się z przeszłością i dniem dzisiejszym, nie udają, że wszystko im wychodzi, a Bukareszt w ich filmach nie przypomina Manhattanu. Bohaterowie tych filmów to bardzo zwyczajni ludzie. Chłopak, który chcąc uchronić młodszego brata przed deprawacją, decyduje się popełnić przestępstwo („Gdy chcę gwizdać, gwiżdżę" Florina Serbana). Milicjant w czasie manifestacji w 1989 roku przechodzący na stronę protestujących („Papier będzie niebieski" Radu Munteana). Młoda kobieta, która po wyjściu z więzienia, bo odsiadywała wyrok za cudze przestępstwa, chce wyjechać z synem z kraju (znakomite „Peryferie" Gogdana Apetriego). Dwie siostry z małej wioski, wybierające się na zarobek za granicę („Włoszki" Napoleona Hermisa). Silna kobieta jak lwica walcząca o dorosłego syna, lecz kryjąca w sobie samotność i niespełnienia („Child's Pose" Netzera). Dziewczyna, która nie chce oddać rodzicom samochodu wygranego na loterii („Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie" Radu Jude). Nastolatka z miłości do chłopaka wychodząca na ulicę („Loverboy" Catalina Mitulescu). Wszyscy oni przeżywają traumy, potykają się i przegrywają, ale też czasem próbują znaleźć w sobie siłę.

Bez gwiazd i efektów specjalnych

W rumuńskich filmach nie ma moralizowania. Jest uważne spojrzenie na świat, który legł w gruzach i teraz na dawnych zgliszczach buduje się od nowa. Z ogromnym trudem, z bagażem wnoszonym z epoki Ceausescu, z nowymi ambicjami, za którymi rzeczywistość nie nadąża. Są tu ogromne emocje ukryte pod pozornym chłodem obiektywizmu. Może również dlatego te skromne filmy – powstające za minimalne pieniądze, bez międzynarodowych gwiazd i efektów specjalnych – tak bardzo poruszają. I bardzo cieszy, że w Polsce twórcy z pokolenia czterdziestolatków zaczynają powoli iść tą samą drogą.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL